Przejdź do treści Przejdź do panelu bocznego Przejdź do stopki

Do Kostaryki wjechaliśmy 1 kwietnia 2024 roku — a początki były, szczerze mówiąc, dziwne. Na granicy najpierw staliśmy około godziny w kolejce (trzeba było mieć dowód opuszczenia Kostaryki w konkretnym dniu), a potem czekaliśmy kolejne dwie godziny na bus do Liberii. Na dodatek na miejscu okazało się, że nasz namiot — przyczepiony z boku plecaka w luku bagażowym — zniknął: zgubił się albo (co bardziej prawdopodobne) ktoś go sobie wziął. Był ultralekki, a więc i drogi; z drugiej strony regularnie się psuł i pewnie i tak nie dociągnąłby do końca wyprawy. Kostaryka to najdroższy kraj Ameryki Środkowej, więc zaplanowaliśmy tu tylko około tygodnia — za to wypełniony lasami mglistymi, wulkanami i mnóstwem dzikich zwierząt.

Interaktywny Spis Treści

  1. San José i pierwsze wrażenia
  2. Lasy mgliste Santa Elena
  3. La Fortuna – leniwce i wulkan Arenal
  4. Cahuita – park narodowy pełen zwierząt

San José i pierwsze wrażenia

Dlaczego najpierw Liberia? Na tamtejszy hostel wysłaliśmy GoPro (wraz z akcesoriami) — poprzednie się zepsuło, a nie dało się go nadać ani do Hondurasu, ani do Nikaragui. Przez święta paczka przyszła z opóźnieniem, potem pojawił się problem z adresem dostawy, aż w końcu udało się dogadać odbiór osobisty w San José, czyli stolicy kraju. Tam więc ruszyliśmy.

Na zwiedzanie miasta przeznaczyliśmy jeden dzień. Trudno znaleźć tu coś naprawdę wyjątkowego — San José znane jest z katedry i Teatru Narodowego, a poza tym z kilku parków, muzeów, charakterystycznych brutalistycznych budynków, ładnych uliczek i kościołów. Jest też sporo osób bezdomnych, część wyraźnie pod wpływem używek — jedna chciała, żebym podarował jej kapelusz, a potem jeszcze przez chwilę szła za mną, coś wykrzykując. Widzieliśmy kilka interwencji policji, której jest tu dużo — ale to akurat na plus, bo czuliśmy się bezpiecznie — a do tego na ulicach jest całkiem czysto.

Słowo o cenach: Kostaryka jest zdecydowanie najdroższym krajem Ameryki Środkowej — ceny w sklepach potrafią być dwa razy wyższe niż w poprzednich krajach, podobnie jak atrakcje. Busy międzymiastowe są bardziej profesjonalne (to już nie chicken busy), więc też kosztują więcej: Peñas Blancas–Liberia (1,5 h, 4 USD), Liberia–San José (5 h, 10 USD), San José–Monteverde (4 h, 8 USD). Krajową walutą jest colón (około 500 colónów za 1 USD, na dolary przeliczaliśmy dla wygody). Łącznie wydawaliśmy tu średnio około 27 USD na osobę dziennie — nasz najdroższy kraj w całej Ameryce Środkowej (stan na kwiecień 2024 roku).

Kostaryka teoretycznie jest najbezpieczniejszym krajem Ameryki Środkowej i bezpieczniejszym niż wszystkie, które mamy w planach w Ameryce Południowej — a mimo to w dwóch pierwszych hotelach drzwi musiał nam otwierać ktoś z recepcji; nie można było po prostu wejść.

Wróć do spisu treści


Lasy mgliste Santa Elena

Ze stolicy przenieśliśmy się do Santa Eleny / Monteverde w centralnej części kraju, gdzie znajdują się słynne lasy mgliste — a tych na świecie zostało zaledwie około 1%. Jak sama nazwa wskazuje, dochodzi tu do kondensacji pary wodnej, przez co tworzą się mgła i chmury, a wraz z nimi niesamowity klimat — przez większość czasu chłodny i deszczowy. Oprócz bogatej roślinności można tu spotkać zwierzęta, trzeba ich jednak skrupulatnie wypatrywać i mieć szczęście, bo raczej unikają miejsc, gdzie są turyści. Najlepiej zwiedzać z samego rana (my przyjechaliśmy około dziewiątej, zależni od busa) albo nocą z przewodnikiem. Wiele z nich słyszeliśmy, ale zobaczyć udało nam się tylko ptaki — w tym kwezala — oraz owady.

Wybraliśmy rezerwat Bosque Nuboso Santa Elena zamiast popularniejszego Monteverde: ma więcej szlaków (przeszliśmy wszystkie, około 11 km) i mniej ludzi, więc i więcej spokoju. Za wstęp zapłaciliśmy równowartość 18 USD od osoby. Mieliśmy ogromne zamglenie, przez co z wieży widokowej nie było widać nic (przy dobrej pogodzie można z niej podziwiać wulkan Arenal).

Dojazd z Santa Eleny do La Fortuny zamienił się w małą przygodę: kierowca shuttle’a nie zajrzał do zaktualizowanej listy i nie zabrał nas o 8 rano z hostelu. Na szczęście złapaliśmy stopa do Tilarán, skąd mieliśmy już bezpośredni bus — zapłaciliśmy po 6 USD zamiast po 32, a w dodatku nie musieliśmy wcześnie wstawać i zdążyliśmy na śniadanie w cenie noclegu. Bardzo polecamy to miejsce — Montefresco w Santa Elenie: pokój dwuosobowy wychodzi po 10 USD, co jak na Kostarykę jest bardzo w porządku (20 minut pieszo od centrum, ale da się przeżyć).

Wróć do spisu treści


La Fortuna – leniwce i wulkan Arenal

Do La Fortuny przyjechaliśmy z misją „polowania” na leniwce — a miejsc, gdzie można je obserwować, jest wokół mnóstwo. Żeby zwiększyć szanse, zarezerwowaliśmy wycieczkę z przewodnikiem po Bogarín Trail na 8 rano, ale od wczesnych godzin mocno padało, więc uznaliśmy, że nie ma to sensu. Ostatecznie zjawiliśmy się po dziesiątej i poszliśmy bez przewodnika — i dobrze, bo nie dość, że zobaczyliśmy dwa leniwce (pierwsze w życiu, jednego z całkiem bliska), to jeszcze zapłaciliśmy trzy razy mniej: 17 USD zamiast 56. Widzieliśmy też sporo ptaków, zwłaszcza tych małych, kolorowych, wabionych jedzeniem przy wejściu na szlak. Byliśmy zadowoleni, choć teren jest dość mały (na jakieś dwie godziny), więc cały czas czuć „oddech” innych turystów — nie jest tak swobodnie jak w lesie mglistym Santa Eleny.

W pobliżu wznosi się najmłodszy (7 tysięcy lat) i najbardziej aktywny wulkan Kostaryki — Arenal (1670 m). Niestety przez pogodę przez wszystkie trzy dni pobytu nie udało nam się go zobaczyć, a szkoda. Skorzystaliśmy jednak z jego „dobroci” i wybraliśmy się nad rzekę El Choyín z gorącym źródłem: obok wielu drogich resortów jest całkiem darmowe miejsce i to z niego skorzystaliśmy — w towarzystwie skaczących małpek i uprzykrzającego deszczu.

Pierwszy raz od dawna — nie licząc wypraw ze znajomymi — spaliśmy w pokoju wieloosobowym (na szczęście tylko czteroosobowym). Zwykle znajdujemy prywatny pokój w podobnej cenie, ale tym razem musielibyśmy zapłacić podwójnie, a do tego zaczęliśmy szukać późno — wyszło po 8,5 USD za nocleg. Takie kostarykańskie realia. Rio Danta Hostel — polecamy: dobrze wyposażona kuchnia, czyste łazienki, a nawet mała siłownia i kosz do gry.

Wróć do spisu treści


Cahuita – park narodowy pełen zwierząt

Cahuita nad Morzem Karaibskim, w północno-wschodniej części kraju, była naszym ostatnim przystankiem w Kostaryce (9–11 kwietnia 2024) — i głównie „zwierzakowym” rozdziałem. Tuż przy miasteczku leży park narodowy, który był celem naszej wizyty, i okazał się świetnym miejscem do obserwacji dzikiej przyrody — jeszcze zanim weszliśmy na jego teren. Przed naszym noclegiem biegały aguti, na pobliskim drzewie wisiały dwa leniwce, a nad miasteczkiem krążyły sępniki czarne.

W parku było jeszcze lepiej. Obserwowaliśmy małpki (jedną z bardzo bliska), dwa szopy, ostronosa (pierwszego widzieliśmy jeszcze w Tikál) oraz żararakę rogatą — żółtego węża o silnie toksycznym jadzie, jedynego, który poluje na ptaki w locie. Na plaży było mnóstwo pustelników, a wiewiórka wreszcie ładnie nam pozowała (choć wiewiórki znamy już aż za dobrze). Czailiśmy się też na maleńkie, jaskrawe, silnie trujące żabki, ale mimo przejścia sporego podmokłego terenu nie znaleźliśmy ani jednej.

Szlak ma około 8 km i przez większość drogi prowadzi wzdłuż plaży i morza. Wchodząc od strony plaży, opłata jest dobrowolna (datek), a od strony głównej ulicy ponoć obowiązkowa (~6 USD). W jednym miejscu trzeba przejść przez przesmyk o głębokości około pół metra, gdzie woda słodka styka się ze słoną. Mocno padało (całą poprzednią noc i część poranka), więc przeczekaliśmy ulewę i — jak to u nas — wyszliśmy jakieś dwie godziny później, niż zakładaliśmy; szkoda, bo im wcześniej, tym większa szansa na różnorodną faunę. W drodze powrotnej miły turysta podwiózł nas do centrum (4 km od wyjścia ze szlaku); chwilę wcześniej natknęliśmy się na przykry widok — martwą małpę na słupie elektrycznym.

Sama przeprawa z La Fortuny do Cahuity publicznymi autobusami była niemałym wyzwaniem (około 260 km najkrótszą drogą). Planowaliśmy autostop, ale ryzyko niedojechania na czas było zbyt duże, a nie chcieliśmy płacić po 67 USD za shuttle — pojechaliśmy więc na cztery przesiadki (odrzucając połączenie przez stolicę). Zamiast około sześciu godzin spędziliśmy w drodze jedenaście (9–20); czasem było na styk, raz musieliśmy zmienić terminal kilka minut przed odjazdem, ale wszystko się udało, a łącznie zapłaciliśmy po 20 USD od osoby. Stąd nasze kolejne przystanki były już w Panamie.

Wróć do spisu treści


Galeria zdjęć

Spodobał Ci się artykuł?

Zostań ze mną w podróży – obserwuj mnie tam, gdzie lubisz najbardziej.