Przejdź do treści Przejdź do panelu bocznego Przejdź do stopki
Miejsce: Ameryka Środkowa  SalwadorRok podróży: 2024

Salwador miał być dla nas tylko krajem tranzytowym – głównie z obawy o bezpieczeństwo zamierzaliśmy przejechać przez niego bezpośrednim busem z Gwatemali do Nikaragui. Po wielu rozmowach z miejscowymi i innymi turystami w Gwatemali zmieniliśmy zdanie i ostatecznie spędziliśmy tu 15 dni, od 15 do 29 lutego 2024 roku. Weszliśmy na wulkan z turkusowym jeziorem w kraterze, przeszliśmy szlak siedmiu wodospadów, próbowaliśmy surfingu nad Pacyfikiem, nocowaliśmy na wulkanie z widokiem na trzy państwa i nad laguną w kraterze innego wulkanu. Na końcu wpisu piszemy, jak dziś wygląda tu bezpieczeństwo i ile kosztowała nas podróż.

Interaktywny Spis Treści

  1. Z Gwatemali do Salwadoru
  2. Santa Ana
  3. Juayúa i szlak 7 wodospadów
  4. Jezioro Coatepeque
  5. Wulkan Santa Ana
  6. Ruta de las Flores (Droga Kwiatów)
  7. La Libertad i El Tunco
  8. San Miguel i La Unión
  9. Wulkan Conchagua
  10. Laguna Alegría
  11. San Salvador
  12. Bezpieczeństwo
  13. Informacje praktyczne – koszty, transport, ceny

Z Gwatemali do Salwadoru

Do Salwadoru wjechaliśmy 15 lutego 2024 roku. Z Quetzaltenango (Xeli), gdzie wcześniej wchodziliśmy na wulkany, nie było bezpośredniego połączenia, więc musieliśmy zajechać do stolicy Gwatemali. Stamtąd do Santa Any jeździ bardziej profesjonalny bus firmy Pullmantur – za dwie osoby zapłaciliśmy 537 GTQ (ok. 270 zł). Przewoźnik prosi, żeby być pół godziny przed czasem (formalności, wydruk biletów, sprawdzanie paszportów), ale autobus faktycznie rusza o 14:00. Normalnie jedzie się ok. 4 godzin – nam przez korki przy wyjeździe ze stolicy i postój na granicy zeszło do mniej więcej 19:00.

Po samym Salwadorze jeździliśmy już lokalnymi autobusami. Tak jak w Gwatemali są to chicken busy – stare amerykańskie autobusy szkolne, często kolorowo pomalowane. Przejazdy są śmiesznie tanie: w większości płaci się do 1 USD i dojedzie się niemal do każdej ważniejszej atrakcji (bardziej profesjonalne busy są droższe). W Salwadorze nie spotkała nas żadna kradzież i nawet nie słyszeliśmy o takich przypadkach, ale jak wszędzie w regionie plecak najlepiej trzymać przy sobie, a rzeczy schowane na półce nad głową mieć na oku.

Wróć do spisu treści


Santa Ana

Przez pierwsze dni stacjonowaliśmy w Santa Anie – jednym z największych miast kraju. Nocowaliśmy przez Airbnb (ok. 20 USD za noc za dwie osoby) u fantastycznego gospodarza, który już pierwszego wieczoru zabrał nas do centrum. Zobaczyliśmy piękną katedrę, teatr i charakterystyczny żółty urząd miasta. Ciekawostka: walutą w Salwadorze jest dolar amerykański, co bardzo ułatwia płatności.

Wzięliśmy też udział w darmowym walking tour po mieście (zwyczajowo z napiwkiem dla przewodnika). Oprócz historii miasta i zwiedzania katedry dużo mówiło się o wielkich przemianach, jakie zaszły w kraju w ostatnich latach – więcej o tym w części o bezpieczeństwie.

Wróć do spisu treści


Juayúa i szlak 7 wodospadów

Następnego dnia, 16 lutego, pojechaliśmy do miasteczka Juayúa na Ruta de las Flores, żeby przejść szlak „7 wodospadów”. W praktyce to wspinanie się na niektóre z nich i chodzenie w wodzie. W Europie raczej by to nie przeszło: wspinaczka po mokrej, kamiennej ścianie bez kasku i zabezpieczenia. Pętla ma 5 km i ok. 300 m przewyższenia. Przewodnik jest obowiązkowy – w małej grupie (4 osoby) zapłaciliśmy za niego po 10 USD.

Po szlaku przeszliśmy się jeszcze po samym miasteczku Juayúa.

Wróć do spisu treści


Jezioro Coatepeque

W sobotę, 17 lutego, odpoczywaliśmy nad jeziorem Coatepeque, które leży niedaleko Santa Any. Ciężko tu znaleźć darmową plażę, dlatego wybraliśmy Captain Morgan Hostel – bardzo fajne miejsce z dostępem do wody (można wskoczyć z podestu), choć ceny są dość wysokie. Spędziliśmy tu kilka ładnych godzin na relaksie i spotkaliśmy się z Kingą, którą poznaliśmy wcześniej w Gwatemali.

Wróć do spisu treści


Wulkan Santa Ana

W niedzielę, 18 lutego, weszliśmy na wulkan Santa Ana (2381 m) – najwyższy wulkan w kraju (choć nie najwyższy szczyt) i jeden z czterech aktywnych. Przewodnik jest obowiązkowy (3 USD plus 6 USD za bilet wstępu), a wejście jest możliwe tylko w określonych godzinach – ostatnia możliwa pora to 10:00. Akurat da się zdążyć, jadąc autobusem z Santa Any o 7:30. Trasa to tylko ok. 9 km w obie strony i niecałe 500 m przewyższenia. Po drodze i ze szczytu widać też inny aktywny wulkan – Izalco.

W kraterze leży piękne turkusowe jezioro – naprawdę zjawiskowe. Tuż obok cały czas wydostają się przez fumarole gazy, więc nie jest to miejsce, w którym zdrowo byłoby długo przebywać. Przewodnicy bardzo pilnowali, żeby nawet przy robieniu zdjęć nie podchodzić za blisko.

Niestety to chyba najbardziej turystyczne miejsce w całym kraju. Przez tłumy na szlaku szło się ślimaczym tempem, często nie dało się przejść, a niektórzy szli pod górę – i jeszcze wolniej schodzili – jakby pierwszy raz byli w górach. Odbierało to trochę radości z podziwiania tego pięknego miejsca. Jaka to różnica w porównaniu z „pustymi” wulkanami, na które wchodziliśmy w Gwatemali!

Wróć do spisu treści


Ruta de las Flores (Droga Kwiatów)

Ruta de las Flores to droga przez klimatyczne miasteczka niedaleko Santa Any, a swoją nazwę wzięła od kolorowych kwiatów porastających okolicę (leży przy niej także Juayúa ze szlakiem wodospadów). Wróciliśmy na nią 19 lutego, ostatniego dnia przed wyjazdem z Santa Any. Najpierw zajechaliśmy do Café Albania w miejscowości Apaneca, gdzie można przejść ciekawy labirynt z żywopłotów.

Potem odwiedziliśmy miasteczko Concepción de Ataco z punktem widokowym i spróbowaliśmy tradycyjnej salwadorskiej potrawy – riguy, czyli cienkiego placka ze słodkiej kukurydzy, czasem nadziewanego, zawiniętego w liść bananowca.

Miasteczka przy Drodze Kwiatów łączą kolorowe chicken busy kursujące z Santa Any do Ahuachapán.

Wróć do spisu treści


La Libertad i El Tunco

Żeby spędzić kilka dni nad Oceanem Spokojnym – kolejny raz w tej podróży, ale pierwszy w Salwadorze – pojechaliśmy do La Libertad, bo łatwo tu dojechać, a noclegi są tańsze. Samo miasto nie ma wiele do zaoferowania, ale w porównaniu z innymi miejscowościami na wybrzeżu ma największą bazę noclegową, supermarket i mały park rozrywki nad wodą.

Plaże są w dużej części kamieniste, a piasek ciemny, pochodzenia wulkanicznego. Za dnia temperatura przekraczała 30°C, w nocy spadała tylko trochę poniżej, a woda miała ok. 29°C – po wyjściu z niej ani przez chwilę nie czuło się chłodu.

Fale są spore i to od razu przy brzegu, więc to raj dla surferów – szczególnie pobliskie El Tunco, nazywane „Surf City”, gdzie swoje siedziby mają szkoły surfingu. Sami jednego dnia wypożyczyliśmy deskę (15 USD za dzień), żeby co nieco popróbować. Następnym razem załatwimy sobie zajęcia z instruktorem – za godzinę lekcji trzeba tu liczyć ok. 25–35 USD.

W La Libertad noclegi są tańsze niż w okolicy plaży El Tunco. My, jak zwykle nad wodą, rozbiliśmy namiot – konkretnie w Punta Roca Surf House (4 noce, 20–24 lutego). Wyszło 5 USD za osobę za noc, trzy razy taniej niż za pokój w tym samym miejscu. Następnym razem raczej zrezygnujemy z rozbijania się tam, gdzie jest dużo niepilnowanych zwierząt – kolejny raz (po Meksyku) uszkodziły nam namiot.

Dojazd był za to bardzo trudny. Zła pora (pod wieczór), a do tego wsiedliśmy w Santa Tecla zamiast na przystanku początkowym w stolicy, więc autobus 102 był już pełny. Na wejściu jest jeszcze ciasny kołowrotek, co z naszymi dużymi plecakami było problemem, a potem przez długi czas leżały w przejściu, bo nie było jak się ruszyć.

Szczerze mówiąc, ta część kraju nas nie zachwyciła, zwłaszcza w porównaniu z podobnymi miejscami w Meksyku czy El Paredón w Gwatemali. Polecano nam jeszcze plażę Dorada (na zachodzie) i El Espino (na wschodzie), ale nie było nam po drodze.

Wróć do spisu treści


San Miguel i La Unión

Z wybrzeża przenieśliśmy się na wschód kraju. Z dworca Amanecer w stolicy do San Miguel jedzie się busem za 5 USD, a z San Miguel do La Unión – za 1 USD. San Miguel to czwarte co do wielkości miasto Salwadoru, ale atrakcji jest tu kilka na krzyż. Głównym punktem jest Parque Joaquín E. Guzmán z ładną katedrą i urzędem miasta.

Na targu w San Miguel pierwszy raz zobaczyliśmy żywe kraby na sprzedaż – niestety wszystkie stłoczone w jednej misce, często związane ze sobą.

W samym La Unión, nad zatoką, też nie ma wiele do zwiedzania. Główną atrakcją jest Parque de la Familia nad wodą – można wejść na „latarnię”, z której roztacza się namiastka widoku jak z wulkanu Conchagua – i Parque Central z targiem obok.

W La Unión jedliśmy pyszne pupusy, czyli placki z nadzieniem. Już w pierwszym lokalu z pupusami w Salwadorze zaskoczył nas wybór – mnóstwo różnych wariantów, podczas gdy w Gwatemali do wyboru były tylko trzy. Nad miastem góruje wulkan Conchagua, nasz kolejny cel.

Wróć do spisu treści


Wulkan Conchagua

Wulkan Conchagua na południowym wschodzie kraju to jedna z najważniejszych atrakcji Salwadoru – głównie ze względu na widok na trzy państwa (Salwador, Honduras i Nikaraguę), a przede wszystkim na ich liczne wysepki w Zatoce Fonseca. Klimatu dodaje możliwość spania na szczycie, dzięki czemu można stamtąd obejrzeć wschód słońca.

Na górę dojeżdża się transportem 4×4 – droga jest bardzo wyboista i jazda trwa ok. godziny. Na samej górze zbudowano drewnianą kładkę i postawiono foteliki ze starych opon. Zgodnie stwierdzamy, że widok zapiera dech w piersiach i jest jedyny w swoim rodzaju. Do dyspozycji są toalety, restauracja w pobliżu i mały sklep, w którym można kupić kawę, piwo czy przekąski. Wycieczka kosztowała 17 USD (transport w obie strony, wstęp na punkt widokowy i miejsce na polu namiotowym). Trzeba zrobić rezerwację pod numerem +503 7484 9950.

Noc z 26 na 27 lutego spędziliśmy w namiocie na szczycie, a rano obejrzeliśmy wschód słońca nad zatoką.

Wróć do spisu treści


Laguna Alegría

Laguna Alegría słynie z pięknego położenia – w kraterze wulkanu Tecapa (1593 m) – i zielonego koloru wody, który zawdzięcza siarce i innym minerałom. Od przystanku busa trzeba iść ok. 40 minut pieszo (ok. 2 km). Niestety okazało się, że luty to nienajlepsza pora na odwiedziny – laguna była w połowie wyschnięta.

Spędziliśmy tam jednak klimatyczny wieczór: doskonały widok na gwiazdy, a wokół cisza i spokój. Za nocleg w namiocie nad laguną płaci się 5 USD za osobę. Można też wybrać się na punkt widokowy.

W drodze nad lagunę byliśmy w miasteczku Berlín, które ma w herbie niedźwiedzie – zupełnie jak stolica Niemiec. Następnego dnia znad laguny złapaliśmy stopa na pace terenówki, a dalej, z przesiadką w Santiago de María, pojechaliśmy do stolicy.

Wróć do spisu treści


San Salvador

Ostatnie chwile przed opuszczeniem kraju spędziliśmy w stolicy, San Salvador. Nie mieliśmy tam dużo czasu, ale wszystkie główne atrakcje leżą blisko siebie, w historycznym centrum. Zdążyliśmy zobaczyć trzy place, wokół których stoją Pałac Narodowy, teatr, katedra i biblioteka.

Szkoda, że nie udało nam się zobaczyć wnętrza katedry (trwała msza) ani pięknego kościoła Virgen del Rosario – przyjechaliśmy za późno i widzieliśmy go tylko z zewnątrz, po zmroku.

Wróć do spisu treści


Bezpieczeństwo

Salwador mieliśmy w zasadzie ominąć – głównie z powodu braku przekonania co do bezpieczeństwa. Zamierzaliśmy przejechać bezpośrednim busem z Gwatemali do Nikaragui przez Salwador i Honduras. Jak wiele byśmy stracili… O tym, jak bardzo zmienił się Salwador, pierwszy raz usłyszeliśmy dopiero w Gwatemali i to tam potwierdzono nam, że jest bezpiecznie. Po polsku informacji o tych przemianach jest mało, a część z nich jest nieaktualna i wciąż przedstawia Salwador jako bardzo niebezpieczny kraj. Po angielsku można przeczytać sporo, ale głównie o dyktaturze i łamaniu praw człowieka.

Jeszcze kilka lat temu Salwador był uważany za najniebezpieczniejsze państwo spośród tych, które nie prowadziły wojny. Gangi wyłudzały haracz od każdej działalności pod groźbą śmierci przedsiębiorcy i jego rodziny, tortury były na porządku dziennym, a nawet odmowa wstąpienia do gangu mogła oznaczać śmierć. Normą bywało 20–50 zabójstw dziennie. Nasza przewodniczka opisywała to tak: wchodzisz do sąsiada, a on leży martwy przy otwartych drzwiach – i udajesz, że nic nie widzisz, bo zgłoszenie oznaczało śmierć. Gangi narodziły się po wojnie domowej (1979–1992), gdy część emigrantów wróciła z USA i przeniosła tu przestępcze wzorce.

Zmiany zaczęły się w 2019 roku, gdy urząd prezydenta objął Nayib Bukele. Wcześniejsze rządy próbowały dogadać się z gangami, a nowy prezydent postawił na twardą politykę. Siły specjalne chodziły od domu do domu, a członków gangów łatwo było rozpoznać po tatuażach (albo bliznach po ich wypalaniu). Ponieważ gangami przez lata sterowano z więzień, jednym z pierwszych kroków było odcięcie więźniów od świata zewnętrznego. Przełom nastąpił w marcu 2022 roku: po tym, jak gangi w ciągu jednego dnia zabiły 62 osoby, wprowadzono stan wyjątkowy i zaczęto zatrzymywać każdego, kto mógł mieć związki z gangami (niektórych, trzeba przyznać, niesłusznie). Powstało ogromne więzienie o bardzo surowym reżimie, a liczba więźniów się podwoiła – skazano ponad 75 tysięcy osób. Salwador ma dziś najwyższy na świecie współczynnik osadzonych: ponad 1000 osób na 100 tysięcy mieszkańców, czyli ok. 1% ludności. Efekt? 12-krotny spadek liczby zabójstw (z 6600 w 2015 roku do ok. 500 w 2022).

Polityka Bukelego budzi kontrowersje i bywa nazywana dyktaturą, ale dla większości Salwadorczyków prezydent jest dziś niemal bohaterem narodowym – jego wizerunek widnieje nawet na koszulkach sprzedawanych na bazarach.

Ludzie, którzy wcześniej nie mieli okazji żyć w wolnym kraju, cieszą się dziś swobodą i normalnym życiem – i tym, że turyści mogą ich odwiedzać. Spacerując po ulicach, trudno uwierzyć, jak było tu jeszcze kilka lat temu. My możemy z czystym sumieniem potwierdzić: jest tu bardzo bezpiecznie, czuliśmy się pewniej niż w Meksyku, Gwatemali czy Hondurasie. To oczywiście nasze subiektywne odczucie, a w tej części świata sytuacja potrafi się szybko zmieniać.

Wróć do spisu treści


Informacje praktyczne – koszty, transport, ceny

Ceny z lutego 2024 roku (w złotówkach według ówczesnego kursu):

  • Koszty – w Salwadorze spędziliśmy 15 dni i wydawaliśmy średnio 20 USD (ok. 81 zł) na osobę dziennie, licząc wszystkie wydatki: noclegi, jedzenie, transport i atrakcje. To jeden z tańszych krajów regionu, choć ceny na wybrzeżu są nieproporcjonalnie wysokie w porównaniu z resztą kraju.
  • Waluta – dolar amerykański (w 2024 roku oficjalną walutą był też bitcoin).
  • Dojazd z Gwatemali – bus Pullmantur ze stolicy Gwatemali do Santa Any: 537 GTQ (ok. 270 zł) za dwie osoby, odjazd o 14:00 (pół godziny wcześniej formalności), normalnie ok. 4 godzin jazdy.
  • Autobusy – chicken busy zwykle do 1 USD; ze stolicy (dworzec Amanecer) do San Miguel 5 USD, z San Miguel do La Unión 1 USD.
  • Noclegi – nocleg z Airbnb w Santa Anie ok. 20 USD za noc za dwie osoby; namiot w Punta Roca Surf House w La Libertad 5 USD za osobę za noc; namiot nad Laguną Alegría 5 USD za osobę.
  • Wulkan Santa Ana – obowiązkowy przewodnik 3 USD i wstęp 6 USD; ostatnie wejście o 10:00 (autobus z Santa Any o 7:30).
  • Szlak 7 wodospadów w Juayúa – obowiązkowy przewodnik, 10 USD od osoby w grupie 4 osób.
  • Wulkan Conchagua – 17 USD (ok. 69 zł): transport 4×4 w obie strony, wstęp na punkt widokowy i miejsce na polu namiotowym; rezerwacja wcześniej.
  • Surfing – wypożyczenie deski 15 USD za dzień, lekcja z instruktorem ok. 25–35 USD za godzinę.
  • Dalej – ze stolicy pojechaliśmy na własną rękę lokalnymi autobusami do Copán Ruinas w Hondurasie, o czym piszemy we wpisie Honduras: ruiny Majów w Copán i nurkowanie na wyspie Utila.

Wróć do spisu treści


Galeria zdjęć

Spodobał Ci się artykuł?

Zostań ze mną w podróży – obserwuj mnie tam, gdzie lubisz najbardziej.