
Od 11 października do 14 grudnia 2023 roku – przez 65 dni – podróżowaliśmy po Meksyku na własną rękę: od Mexico City na południe i wschód, przez stany Puebla, Oaxaca, Chiapas i Jukatan, aż po Quintana Roo i granicę z Belize. To był pierwszy etap naszej długiej wyprawy przez Amerykę Łacińską. W tym wpisie zebraliśmy całą trasę z linkami do szczegółowych relacji, nasze must see, to, co nas zaskoczyło i rozczarowało, sprawy bezpieczeństwa i praktyczne rady – w dużej części są to odpowiedzi na pytania, które zadaliście nam pod koniec pobytu.
2:54Interaktywny Spis Treści
- Skąd pomysł na wyprawę
- Droga do Meksyku
- Pierwsze dni w Mexico City
- Nasza trasa po Meksyku
- Must see w Meksyku
- Co nas zaskoczyło, a co rozczarowało
- Bezpieczeństwo, owady i węże
- Co zrobilibyśmy inaczej
- Informacje praktyczne
Skąd pomysł na wyprawę
Nasz wyjazd do Berlina w 2019 roku był w dużej mierze podyktowany chęcią odłożenia pieniędzy na wyprawę po Azji, zaplanowaną na 2020 rok – z przejazdem koleją transsyberyjską przez Rosję. Przyszła pandemia, wiele krajów (głównie Chiny) długo pozostawało zamkniętych, a przejazd przez Rosję stał się problematyczny. Zostaliśmy w Berlinie dłużej i postawiliśmy na plan B: Amerykę Łacińską. Zaczęliśmy od Meksyku, z zamiarem powolnego zjeżdżania w dół kontynentu – przez Gwatemalę, Nikaraguę, Kostarykę, Panamę, Kolumbię, Ekwador, Peru, Boliwię, Chile, Argentynę, Urugwaj i Paragwaj aż do Brazylii. Na tak długi wyjazd staraliśmy się maksymalnie ograniczyć ilość rzeczy w plecakach.

Droga do Meksyku
Wyruszyliśmy ze Szczecina – busem przez lotnisko w Berlinie do Amsterdamu, gdzie mieliśmy jeden dzień na spacer po centrum: kanały, rowery, knajpy i piękne kamienice. Jest tam bardzo drogo – najprostsza pizza kosztowała 10 €, piwo w happy hours 5 €, a przejazd pociągiem o jedną stację 3,60 €. Lot z Amsterdamu do Mexico City trwał 11 godzin (dzień wcześniej dostaliśmy informację o ponad półtoragodzinnym opóźnieniu). Na pokładzie były dwa posiłki, ekran z filmami, a także słuchawki, koc i poduszka – większość lotu przespaliśmy. Bezpośredni lot kosztował ok. 2500 zł od osoby z bagażem – dojazd busem do Amsterdamu wyszedł taniej niż przesiadki samolotem. Do Cancún zwykle lata się taniej, ale zaczęliśmy od stolicy, żeby potem bez cofania się zjeżdżać na południe i wschód, aż do Belize.
Po kontroli imigracyjnej i prześwietleniu bagażu kupiliśmy na lotnisku meksykańską kartę SIM (Telcel – 199 MXN, ok. 47 zł za dwa tygodnie z 4 GB internetu i nielimitowanymi rozmowami w Meksyku) i zamówiliśmy Ubera – w nocy to najbezpieczniejsza opcja (230 MXN, ok. 55 zł). W Mexico City gościła nas Enya, którą poznaliśmy wcześniej w Berlinie.
Pierwsze dni w Mexico City
Pierwsze wrażenia ze stolicy? Na dwóch stacjach metra nie dało się zapłacić kartą (nie było automatów), a gotówkę z karty Revolut udało się wypłacić dopiero w drugim bankomacie. W Walmarcie – podobnie jak w Stanach – wybór był ogromny, a ceny zbliżone do polskich, większość produktów trochę tańsza (poza piwem i alkoholem). Zdziwiło nas, że piesi w wielu miejscach nie mają własnych świateł i muszą patrzeć na światła dla aut, że tuż obok zwykłych bloków stoją niepozorne domy z blachy i cegły, a kable elektryczne zwisają nad ulicą czasem na wysokości głowy. Przy ulicach co krok są stragany z jedzeniem, gdzie za przyzwoitą cenę można się najeść.
W sobotę 14 października pojechaliśmy do Ambasady RP, żeby zagłosować w wyborach parlamentarnych – za granicą głosowało się dzień wcześniej niż w Polsce. Ciekawostka: ambasada mieści się przy ulicy Krakowskiej (Cracovia), a w samym Mexico City do głosowania zapisało się około 360 osób. Wystarczyła wcześniejsza rejestracja przez internet.

Druga część dnia była porażką: chcieliśmy dostać się na słynną Wyspę Lalek w Xochimilco. Autobusy były przepełnione, pierwsza lokalizacja z Google Maps okazała się błędna, a na miejscu wyszło, że kolorowe łodzie (trajineras) wynajmuje się tylko prywatnie – rejs trwa 4–5 godzin i kosztuje około 600 zł (do repliki wyspy) albo ponad 700 zł (do oryginalnej). Skończyło się na quesadilli i powrocie. Więcej o samej wyspie i atrakcjach stolicy – we wpisie Zwiedzanie Mexico City.

Wieczorem Enya i jej kolega zabrali nas na koncerty metalowe – grało sześć zespołów, głównie meksykańskich, a bilet w przedsprzedaży kosztował około 36 zł (piwo w klubie ok. 12 zł). Sami nigdy byśmy tam nie trafili. Okazało się, że Meksykanie słuchają bardzo różnej muzyki, w tym sporo metalu.

Nasza trasa po Meksyku
Poniżej cała trasa dzień po dniu – z linkami do wpisów o poszczególnych miejscach (kolejne relacje będą się pojawiać).
- Mexico City (11–16.10) – zwiedzanie stolicy, bazylika Matki Bożej z Guadalupe i piramidy Teotihuacán (12.10).
- Puebla (17.10) – kolorowe centrum, Capilla del Rosario i mole poblano.
- Oaxaca (18–23.10) – miasto Oaxaca i drzewo z Tule, ruiny Monte Albán (20.10) i skamieniałe wodospady Hierve el Agua (21.10).
- Wybrzeże Oaxaca (24–29.10) – Puerto Escondido, Zipolite i Mazunte.
- Chiapas (od końca października) – Día de Muertos w San Cristóbal de las Casas, San Juan Chamula i Zinacantán (1–2.11), kanion Sumidero (3.11), kaskady El Chiflón i jeziora Montebello (4.11), wodospady Agua Azul i Misol-Ha (10.11), ruiny Palenque i Aluxes Ecopark (11–12.11).
- Jukatan – Mérida (13.11), kemping nad Zatoką Meksykańską w San Crisanto (14–18.11), Valladolid i okoliczne cenoty (18–23.11), Chichén Itzá (21.11).
- Quintana Roo – Cancún i Isla Mujeres (24–25.11), wyspa Cozumel (26–30.11), Tulum z cenotami w Chemuyil (30.11–5.12) i ruiny Cobá (2.12), Mahahual, Bacalar i Chetumal (5–13.12).
- Belize (od 14.12) – przez granicę do Sarteneja i wyspy Ambergris Caye i Caye Caulker.

Must see w Meksyku
Meksyk ma ogromną spuściznę ludów prekolumbijskich, dlatego pierwszym „must see” są starożytne miasta. Nie sposób odwiedzić wszystkich i trudno wybrać, które odpuścić. Byliśmy w Teotihuacán, Monte Albán, Palenque, Chichén Itzá, Tulum i Cobá – każde możemy polecić i każde jest inne: jedne leżą na otwartej przestrzeni, inne w dżungli albo nad morzem (choć akurat ruiny w Tulum są najmniej spektakularne). Do niektórych trudno dojechać, więc odwiedza je mniej turystów, co czyni je wyjątkowymi. Nie wyobrażamy sobie jednak zwiedzania Meksyku bez Chichén Itzá – jednego z siedmiu nowych cudów świata.
Będąc w Meksyku, koniecznie trzeba wykąpać się w cenocie. Jest ich najwięcej na Jukatanie i w Quintana Roo – które wybrać, zależy od własnych preferencji. Meksyk jest tak duży, że każdy stan ma swoje „must see”. W Oaxaca to dla nas skamieniałe wodospady Hierve el Agua (obok Pamukkale w Turcji jedyne takie miejsce na świecie), a w Chiapas – kanion Sumidero, wodospady Agua Azul i San Juan Chamula, gdzie kultura Majów miesza się z chrześcijańską.
Nasze „naj” z całej wyprawy:
- Miasto – Mexico City (najwięcej do zobaczenia); najbardziej klimatyczne centrum – Puebla.
- Plaże – wybrzeże Oaxaca: Puerto Escondido, Mazunte i Zipolite.
- Jedzenie – w Oaxaca i Puebli.
- Cenoty – Suytun i X’kekén.
- Przyroda – kanion Sumidero, Hierve el Agua i Agua Azul.
- Starożytne miasta – Chichén Itzá, Teotihuacán i Palenque.
Co nas zaskoczyło, a co rozczarowało
Pozytywnie zaskoczyły nas:
- Muzyka – Meksykanie słuchają bardzo różnej muzyki: w colectivo leci głośny blues, w sklepie rock, a w taksówce folk. Przed sklepami często stoją duże głośniki, co tworzy świetny klimat na ulicach.
- Liczba atrakcji – gdzie się nie ruszysz, są pozostałości starożytnych miast albo cenoty.
- Ludzie – raczej pomocni i uprzejmi, choć po angielsku najczęściej nie dało się dogadać, a w miejscach turystycznych jest dużo naganiaczy.
- Mało turystów na południu stanu Oaxaca i na północnym wybrzeżu Jukatanu – przynajmniej w tych miejscach i w tym czasie, kiedy tam byliśmy.
Rozczarowały nas:
- Ceny – bardzo zbliżone do polskich. Niektóre produkty są tańsze, inne droższe, a ceny noclegów i jedzenia w knajpach zależą od stanu: w Chiapas było tanio, na Jukatanie i w Quintana Roo – drogo.
- Łazienki – często bez deski sedesowej, papieru i mydła, a do tego płatne. Podobnie jak w krajach arabskich papieru nie wrzuca się do toalety, bo kanalizacja jest wąska.
- Jedzenie – mało różnorodne (dużo wołowiny i wieprzowiny), więc szybko się nudzi; trudno też o dobre pieczywo.
- Drogi – górzyste i kręte, więc przejazd kilkuset kilometrów potrafi zająć cały dzień.
O protestach w Gwatemali po wyborach prezydenckich dowiedzieliśmy się w hostelu w Oaxaca, miesiąc przed planowanym wjazdem. Trwały kilkanaście dni i ucichły – a Gwatemala okazała się potem naszym ulubionym krajem całej wyprawy.

Bezpieczeństwo, owady i węże
Statystyki przestępczości w Meksyku rzeczywiście są niekorzystne. Byliśmy jednak w części kraju uznawanej za dosyć bezpieczną – w Mexico City i stanach Puebla, Oaxaca, Chiapas, Jukatan i Quintana Roo (najbardziej niebezpieczna jest północ, przy granicy ze Stanami Zjednoczonymi – im dalej na północ i zachód, tym groźniej, a Jukatan uchodzi za bezpieczny; działające w Chiapas ruchy separatystyczne nie są wymierzone w turystów). Większość przestępstw to porachunki karteli narkotykowych – turysta najprawdopodobniej może zostać oszukany na pieniądze. Nas nie spotkała żadna niebezpieczna sytuacja, ale też staraliśmy się do niej nie dopuszczać: nocowaliśmy raczej w centrach miast, rzadko chodziliśmy po zmroku i nie zostawialiśmy rzeczy bez opieki. Michał i Alicja w tym samym czasie przejechali podobną trasę autostopem, śpiąc regularnie w namiocie na dziko, i również nic złego ich nie spotkało. Naszym zdaniem w Meksyku jest bezpieczniej, niż myśli większość osób – jeśli nie kusi się losu.
Słyszeliśmy za to dwie historie z drugiej ręki: o parze nocującej kamperem na plantacji awokado i o francuskim rowerzyście, który jechał z Kanady i spał w namiocie przy drodze – w obu przypadkach w nocy obudzili ich uzbrojeni mężczyźni. Kartele wymuszają haracze od farmerów i pilnują upraw, więc lepiej nie nocować w przypadkowych miejscach.
A jak radziliśmy sobie z owadami, skorpionami i wężami, śpiąc w namiocie? Nocowaliśmy na dwóch strzeżonych kempingach. W San Crisanto nad Zatoką Meksykańską gospodarz opowiadał, że przez kilka lat widział na terenie tylko pięć węży i każdego od razu usuwał. Skorpiony ponoć zdarzają się częściej, ale są mało groźne – my widzieliśmy tylko jednego, martwego. Namiot zawsze trzymaliśmy zamknięty, po zmroku chodziliśmy z latarką, a buty zostawione na zewnątrz przed włożeniem sprawdzaliśmy (za każdym razem był w nich tylko piasek). Z owadami jest gorzej: nawet ze sprayem nie da się uniknąć ugryzień komarów, a dokuczają też mrówki i muchy.

Co zrobilibyśmy inaczej
- Wcześniej szukalibyśmy informacji o atrakcjach – w Mexico City straciliśmy mnóstwo czasu na próbę dotarcia na Wyspę Lalek, która okazała się zbyt droga i czasochłonna.
- Nie oszczędzalibyśmy na przejazdach za wszelką cenę – do Monte Albán pojechaliśmy miejskim autobusem za 8 MXN zamiast turystycznym za 50 MXN i wracaliśmy pieszo przez biedną dzielnicę. Dzień później osoba, która szła tą samą drogą, została napadnięta.
- Kaskady El Chiflón zobaczylibyśmy na własną rękę – na zorganizowanej wycieczce zabrakło czasu, żeby wejść na najwyższe punkty kaskad, a za to długo staliśmy nad zamglonym jeziorem w Montebello.
- Jeszcze bardziej uważalibyśmy na naciągaczy – „Batman” w San Cristóbal de las Casas najpierw zaprosił do wspólnego zdjęcia, a potem zażądał 200 MXN.
- Bralibyśmy większą poprawkę na dojazdy i wychodzili z hosteli jak najwcześniej – colectivo potrafi długo nie przyjeżdżać albo nie mieć miejsc, a informacje o przystankach bywają mylne. Dojazd do Agua Azul i Misol-Ha zajął nam znacznie więcej czasu, niż zakładaliśmy.

Informacje praktyczne
- Na własną rękę – całą podróż zorganizowaliśmy sami. Wykupiliśmy tylko dwie jednodniowe wycieczki grupowe (kanion Sumidero oraz El Chiflón i Lagos de Montebello w Chiapas), bo rozwiązywały problem dojazdów, a koszty były dość niskie.
- Karta SIM – cały czas mieliśmy Telcel: starter na pierwsze dwa tygodnie kosztował ok. 200 MXN, później doładowywaliśmy ok. 300 MXN miesięcznie za internet (ok. 6 GB). To nie najtańsza opcja, ale kartę można kupić od razu na lotnisku, a zasięg był dobry.
- Pieniądze – najwygodniejsza była karta Revolut: w każdej chwili można wymienić złotówki na pesos, płacić kartą i wypłacać gotówkę z bankomatu (na początku gotówkę udało się wypłacić dopiero w drugim bankomacie, z prowizją). Przelicznik na szybko: kwotę w pesos dzielimy przez 5 i mamy mniej więcej złotówki (100 MXN to ok. 5 €).
- Transport – Google Maps w większości miejsc nie pokazuje komunikacji zbiorowej, więc najlepiej pytać miejscowych. Między miastami jeździliśmy autobusami ADO (także nocnymi), a lokalnie busami i colectivo. Nocne autobusy wybieraliśmy celowo – oszczędność czasu i jednego noclegu; jeździliśmy też zbiorowymi taksówkami.
- Noclegi i jedzenie – hostele, hotele, apartamenty i dwa razy kemping; pokój dwuosobowy często kosztował tyle co dwa miejsca w dormitorium. Przeważnie gotowaliśmy sami we wspólnych kuchniach.
- Woda – wody z kranu nie piliśmy, ale od początku podróży myliśmy nią zęby i – poza samym początkiem – dawaliśmy radę; „zemsta Montezumy” trzymała mnie niecały tydzień.
- Język – przyjechaliśmy, znając tylko podstawowe zwroty po hiszpańsku. Z nimi i z internetem w telefonie da się dogadać; po angielsku udawało się rzadko, głównie w miejscach turystycznych. Ok. 10% mieszkańców uważa się za ludność rdzenną, a 5–6% mówi językami przodków; po angielsku mówi mniej więcej co dziesiąty Meksykanin, zwykle podstawowo – stąd nasz pomysł na intensywny kurs hiszpańskiego w Gwatemali.
- Meksyk w liczbach – ponad 4000 km, 25 miast, 6 starożytnych miast, 8 cenot i 2 wyspy; wydawaliśmy średnio 27 € (117 zł) dziennie na osobę – o jedną trzecią więcej, niż zakładaliśmy.
- Poczta – pocztówki wysłane z Meksyku nie dotarły do Polski (za to z opóźnieniem doszły do Hiszpanii).







