
Do Nikaragui wjechaliśmy we wtorek 19 marca 2024 roku — bezpośrednim nocnym shuttlem z La Ceiba w Hondurasie prosto do León. Na granicy mieliśmy drobne problemy w związku ze świeżo przedłużoną wcześniej wizą, ale ostatecznie wszystko poszło gładko (każdy wjeżdżający musi jeszcze zapłacić 13 USD). Nikaragua okazała się tańsza i bardziej „na luzie” niż sąsiedzi — to kraj kontrastów: z jednej strony piękne kolonialne miasteczka, z drugiej wiejskie „lepianki”, a do tego wulkany i jedno z nielicznych miejsc na świecie, gdzie można zjechać na desce z aktywnego wulkanu.
Interaktywny Spis Treści
- León – biała katedra
- Cerro Negro – zjazd na desce z wulkanu
- Masaya, Laguna Apoyo i kolonialna Granada
- Ometepe – wyspa dwóch wulkanów
- Bezpieczeństwo, oszustwa i granice
León – biała katedra

León było stolicą niepodległej Nikaragui, a jego główną atrakcją jest największa w całej Ameryce Środkowej biała katedra (bazylika Wniebowzięcia, wpisana na listę UNESCO). Wnętrze było niestety zamknięte, ale za 3 USD mogliśmy wejść na jej dach. Obowiązywała tam dość osobliwa zasada: trzeba było zdjąć buty i trzymać je w rękach. Na górze było ładnie — białe kopuły dokoła — choć spodziewaliśmy się lepszej panoramy.
Cerro Negro – zjazd na desce z wulkanu
W okolicach León wznosi się Cerro Negro („czarne wzgórze”) — aktywny wulkan, z którego można zjechać na desce po piasku. To jedyne takie miejsce na świecie, możliwe dzięki jego budowie (składa się głównie z sypkiego piasku) oraz kierunkowi wiatru. Dziś to jedna z głównych atrakcji turystycznych Nikaragui i coś, czego głupio nie zrobić. Samodzielna wyprawa jest upierdliwa, więc prawie wszyscy jadą z zorganizowaną wycieczką — tak zrobiliśmy i my. Za 35 USD od osoby mieliśmy transport w obie strony, bilet wstępu, wypożyczenie sprzętu, pamiątkową koszulkę i owoce w drodze powrotnej.

Ze szczytu (726 m) widać cały łańcuch wulkanów tworzących wspaniałą panoramę, a pod stopami czuć, że ziemia jest gorąca. Aby się tam dostać, trzeba pokonać około 500 metrów przewyższenia (45–60 minut), wnosząc własną deskę i ubranie ochronne. Potem przychodzi nagroda — zjazd po czarnym zboczu. Nie zawsze kończy się gładko (Patrycja lekko się poturbowała przy wywrotce), ale to jedna z tych atrakcji, których naprawdę warto spróbować. Ceny według stanu z marca 2024 roku.
Masaya, Laguna Apoyo i kolonialna Granada
W mieście Masaya planowaliśmy wejść na wulkan Masaya, ale jest on obecnie nadaktywny i nikt nie może przebywać w jego otoczeniu — szkoda, bo normalnie można tam podziwiać lawę we wnętrzu krateru. Zobaczyliśmy za to co nieco tego „kreatywnego”, dość kolorowego miasteczka, w którym nie spotkaliśmy ani jednego innego turysty.
Innego dnia spędziliśmy noc na dziko nad Laguną Apoyo — jeziorem pochodzenia wulkanicznego. Za dnia kłębiły się tam tłumy, a w nocy byliśmy tylko my i jedna lokalna rodzina w pobliżu. Świetne miejsce do pływania, a po zmroku ma swój klimat. Nad ranem na plażę ruszyło mnóstwo osób, żeby ją posprzątać (nie wiemy, czy to tylko na czas Wielkiego Tygodnia, czy zawsze). Tak czy inaczej, gdziekolwiek się ruszyliśmy, wydawało się dość czysto.

Granada to kolejne ładne kolonialne miasteczko. Warto wejść na Iglesia de la Merced — za jedyne 1 USD mamy piękny widok na wulkan Mombacho i katedrę. Część osób wybiera się też na wycieczkę na Las Isletas de Granada, czyli sieć 365 malutkich wysepek na jeziorze.

Walutą Nikaragui jest córdoba (mniej więcej 1/10 złotówki), a dla ułatwienia w wielu miejscach można płacić amerykańskimi dolarami. Ceny w sklepach są zbliżone do polskich, w barach jest dużo taniej (piwo kosztuje praktycznie tyle, co w sklepie), a noclegi zaczynają się od około 10 USD za osobę. Średnio wydawaliśmy tu około 21 USD na osobę dziennie — z noclegiem, jedzeniem, lokalnym transportem i atrakcjami (stan na marzec 2024 roku).
Ometepe – wyspa dwóch wulkanów

Kolejnym przystankiem była wyspa Ometepe (23–31 marca 2024), dziewiąta co do wielkości wyspa jeziorna świata, utworzona przez dwa wulkany — Concepción i Maderas — wyrastające wprost z jeziora Nikaragua. Pobyt wyszedł inaczej, niż zakładaliśmy: zostaliśmy zdecydowanie dłużej (czekając na dostawę GoPro do Kostaryki — poprzednie zepsuło nam się w Hondurasie — i rezygnując z wypadu nad Pacyfik przez nieprzyzwoicie drogie noclegi w weekend wielkanocny).
Nie weszliśmy na żaden z dwóch wulkanów. Dlaczego? Nie podoba nam się polityka płacenia za każdą wędrówkę (najczęściej obowiązkowy przewodnik plus wstęp na teren parku narodowego) — choćby w Gwatemali większość wulkanów zrobiliśmy samodzielnie. Do tego dochodziły wysokie temperatury za dnia, które utrudniają przyjemny marsz, oraz brak gwarancji widoków: wycieczki startują rano, kiedy szczyty często toną w chmurach. Na Concepción i Maderas napatrzyliśmy się więc z dystansu — ambitne góry zostawiamy sobie na później.

Co zatem robiliśmy? Pojechaliśmy na Punta Jesús María — znane miejsce na zachód słońca z piękną plażą; do rezerwatu Charco Verde z chronioną laguną, prywatną plażą, małpkami i motylarnią; a także do Ojo de Agua, naturalnego źródła przerobionego na orzeźwiający basen z kilkoma krótkimi szlakami (po drodze mijaliśmy plantacje platanów i małpy). Na samą kąpiel w jeziorze lepiej wybrać plażę — dno bywa muliste — a do najładniejszych należą Punta Jesús María i Santa Cruz.

Na drugiej części wyspy razem z Patrycją wybraliśmy się na przejażdżkę konną w okolicach wulkanu Maderas (po drodze widzieliśmy petroglify) oraz na plażę z dobrym widokiem na oba wulkany.

Po wyspie poruszaliśmy się głównie autobusem publicznym (chicken busem), trochę autostopem (trzy razy) i czasem nieoficjalną taksówką. Bardzo popularne jest wypożyczanie skutera, ale dla nas było to nieopłacalne. Przez cały pobyt nocowaliśmy na campingu Doña Nella w Moyogalpie — największej miejscowości, skąd odpływają promy i gdzie jest supermarket — płacąc zaledwie 150 córdob (około 16 zł) za osobę za noc. Było dobre towarzystwo i świetne miejsce na odrobinę relaksu; obiad w naszym ulubionym barze kosztował około 10 zł. Ceny praktyczne (marzec 2024): bus 10–22 córdoby (1–2 zł), Charco Verde 5 USD, Ojo de Agua 10 USD (5 do wykorzystania w barze), przejażdżka konna u Zaki 10 USD za godzinę.
Bezpieczeństwo, oszustwa i granice
Czy Nikaragua jest niebezpieczna? W rzeczywistości uchodzi za jeden z bezpieczniejszych krajów Ameryki Środkowej. Polskie MSZ oczywiście ostrzega przed napadami i kradzieżami — jak zresztą przed każdym krajem, w którym byliśmy — ale bezpieczeństwo mierzy się tu inną miarą niż w Polsce czy w Niemczech. Ani razu nie poczuliśmy zagrożenia. Omijaliśmy miejsca, które mogą być ryzykowne (biedne dzielnice, wybrzeże Pacyfiku) oraz wszystko, co związane z polityką. Sytuacja polityczna jest niestabilna — od 2018 roku zdarzają się okresy niepokojów, a od wyborów w 2021 roku nikt nie chce rozmawiać o polityce publicznie; ludzie są zastraszeni. Jako turysta lepiej unikać publicznych wypowiedzi o polityce i trzymać się z dala od manifestacji.
Pewnego wieczoru, gdy rozbijaliśmy się na dziko nad Laguną Apoyo, miejscowy poradził nam przenieść się bliżej „baru”, czyli bliżej cywilizacji, gdzie ryzyko kradzieży jest mniejsze. Posłuchaliśmy i wszystko było w porządku.
Tym, co naprawdę rzuciło nam się w oczy — i czego nie spotkaliśmy nigdzie indziej — jest to, jak często próbuje się tu naciągnąć turystę. „Busa nie ma / nie będzie / przyjedzie późno” — mówione akurat przez osobę wypożyczającą skutery, proponującą nocleg zamiast naszego darmowego namiotu albo przez taksówkarzy. Mieliśmy wrażenie, że niemal na każdym kroku ktoś próbuje wyciągnąć od nas pieniądze.
A co z granicami? Wszystkie opłaty były oficjalne (i na szczęście nie ma ich na każdym przejściu). Urzędy graniczne zwykle wyglądają bardzo profesjonalnie. Poza opłatami wjazdowymi i wyjazdowymi czasem pobiera się dodatkowe podatki — jeden zapłaciliśmy, wyjeżdżając z Nikaragui — a jeszcze częściej zdarza się to na promach krajowych (tak było w Meksyku, Hondurasie i Nikaragui). Sami nie mieliśmy żadnych nieprzyjemnych przygód, choć słyszeliśmy, że od naszych znajomych przy wjeździe do Nikaragui chciano łapówkę i najwyraźniej nie byli jedyni.

