
Po kilku deszczowych dniach w kostarykańskich lasach mglistych, La Fortunie i parku narodowym Cahuita 11 kwietnia 2024 roku wjechaliśmy do Panamy – ósmego kraju naszej wyprawy przez Amerykę Łacińską. Na pierwszy przystanek wybraliśmy Boquete w prowincji Chiriquí: górskie miasteczko otoczone lasami mglistymi, u stóp najwyższego szczytu kraju, wulkanu Barú. Spędziliśmy tam cztery pełne dni i każdego z nich przeszliśmy jeden szlak – trzy dość łatwe (El Pianista, wiszące mosty i The Pipeline) i jeden wymagający, na sam wierzchołek Barú (3475 m). Potem przenieśliśmy się do El Valle de Antón, doliny w kalderze dawnego wulkanu, gdzie przez kolejne cztery dni było tak samo: codziennie inny szlak. Właśnie te górskie wędrówki dzień po dniu były dla nas najciekawszą przygodą w Panamie.
1:30Interaktywny Spis Treści
- Z Kostaryki do Boquete
- El Pianista – mgła, wąwozy i pamiątkowy krzyż
- Wiszące mosty w Boquete Tree Trek
- The Pipeline – tysiącletnie drzewo i ukryty wodospad
- Wulkan Barú (3475 m) – najwyższy szczyt Panamy
- El Valle de Antón – cztery szlaki w kalderze wulkanu
- Informacje praktyczne
- Podsumowanie
Z Kostaryki do Boquete
Z Cahuity najbliżej mieliśmy do przejścia granicznego na wybrzeżu karaibskim (Sixaola – Guabito). Granica okazała się jedną z najszybciej załatwionych na całej wyprawie – przy wjeździe do Panamy nikt nawet nie sprawdził nam biletów na dalszą podróż. W mieście David mieliśmy tylko przesiadkę i jeszcze tego samego dnia dotarliśmy do Boquete.
Miasteczko ma dwie części: Bajo Boquete – centrum z przystankami busów, sklepami i agencjami wycieczek – oraz położone wyżej Alto Boquete. Mieszkaliśmy w tym drugim, w hostelu The Yellow House, który bardzo polecamy: dobrze wyposażona kuchnia (cały czas gotowaliśmy dla siebie), bardzo szybki internet, konkurencyjna cena, a do tego pralka i suszarka bez dodatkowych opłat. Jedyny minus to dojazdy – na każdy szlak trzeba było najpierw dostać się busem albo taksówką do Bajo Boquete, choć to niecałe 10 minut.

Pogoda na początku nas nie rozpieszczała. Wbrew dobrym prognozom pierwsze dwa dni były paskudne – silny wiatr i wilgotna bryza. Mieszkaliśmy tuż obok lasów mglistych i panował tu dokładnie taki sam klimat jak niedawno w Kostaryce: dużo mgły, słaba widoczność i mnóstwo wilgoci. Kolejne dni były już na szczęście pogodniejsze.

El Pianista – mgła, wąwozy i pamiątkowy krzyż
W piątek, 12 kwietnia, poszliśmy na szlak El Pianista: około 9 km w obie strony i 600 m przewyższenia. Pierwszy odcinek prowadzi obok trawiastych pól i łąk – klimat trochę jak w Irlandii. Do początku lasu mieliśmy jeszcze ładne widoki, potem przez mgłę nie było widać praktycznie nic.



W lesie ścieżka się zwęża i miejscami prowadzi wąskimi wąwozami, a potoki przekracza się po prostych kładkach. Wszystko jest mokre, porośnięte mchem i epifitami – typowy las mglisty. Między kamieniami wypatrzyliśmy nawet kraba.



Szlak jest znany przede wszystkim z tajemniczej i smutnej historii. W kwietniu 2014 roku zaginęły tu dwie młode Holenderki, Lisanne Froon i Kris Kremers. Obie zginęły, a okoliczności ich śmierci nigdy nie zostały wyjaśnione. Na końcu szlaku stoi symboliczny krzyż pamiątkowy z ich imionami. Przy dobrej pogodzie widać stąd zarówno Pacyfik, jak i Morze Karaibskie – my zastaliśmy tylko mgłę i silny wiatr.

Wiszące mosty w Boquete Tree Trek
W sobotę wybraliśmy się na szlak wiszących mostów: około 3 km (pętla) i 200 m przewyższenia. Trasa leży na prywatnym terenie Boquete Tree Trek Mountain Resort, więc trzeba wykupić wycieczkę z przewodnikiem – Tour de Puentes Colgantes. Załatwiliśmy ją w centrum Bajo Boquete; kosztowała 30 USD od osoby, a grupa liczy do 15 osób (kwiecień 2024).


Po drodze przechodzi się przez 6 stalowych mostów – najdłuższy ma 135 m, a najwyższy wisi 70 m nad ziemią. Między nimi sporo chodzi się po samej dżungli, a przewodnik opowiada o roślinach i zwierzętach tego terenu. Myślę, że warto.


W lesie kwitło mnóstwo kolorowych roślin, a z mostów i ścieżki widać było zamglone doliny.
The Pipeline – tysiącletnie drzewo i ukryty wodospad
W niedzielę przyszła kolej na The Pipeline: około 7 km w obie strony i 500 m przewyższenia. Przy wejściu nie minęliśmy żadnej bramki z opłatą – może dlatego, że był niski sezon turystyczny. Turyści, którzy byli tu w innych miesiącach, pisali, że pobierano od nich po 5 USD.
Szlak ciągnie się wzdłuż rur, którymi płynie woda – stąd jego nazwa. Po drodze można podziwiać tysiącletnie drzewo, a na końcu czeka „ukryty” wodospad (Cascada Escondida) w bardzo ładnej scenerii.



Pipeline uchodzi za dobre miejsce do obserwacji dzikiej przyrody, zwłaszcza ptaków. Nam z ptakami się nie udało, za to motyli było mnóstwo – całe grupy siedziały na ścieżce. Trasę można połączyć ze szlakiem Las Tres Cascadas; nam nie starczyło już na to czasu.
Wulkan Barú (3475 m) – najwyższy szczyt Panamy
Barú (nazywany też Chiriquí, 3475 m) to jeden z trzech wulkanów na terenie Panamy i zarazem najwyższy szczyt kraju. Jest uśpiony – ostatni raz wybuchł około 1550 roku. Będąc w Boquete, nie mogliśmy sobie odpuścić wejścia. 15 kwietnia wstaliśmy o 3:30 i wyszliśmy około 5:00. Czekaliśmy na jakikolwiek bus z Alto Boquete do Bajo Boquete, żeby tam przesiąść się do busa podjeżdżającego pod początek szlaku, ale w końcu wzięliśmy taksówkę (11 km, 10 USD za dwie osoby). Na szlak weszliśmy o 6:00, krótko przed wschodem słońca, z wysokości około 1800 m.


Technicznie trasa na pewno nie jest trudna, ale za to długa – 14 km w jedną stronę – i z całkiem sporym przewyższeniem, około 1900 m. Przez większość czasu idzie się szeroką drogą bez ładnych widoków, bo wszystko zasłaniają drzewa, więc pieszo ta droga się dłuży. Na wysokości około 2600 i 3300 m są dwa miejsca na rozbicie namiotów.

Pod sam szczyt można wjechać samochodem terenowym i tak robi większość – mijały nas głównie wycieczki turystów, a czasem pracownicy wież przekaźnikowych. Idących pieszo prawie nie spotkaliśmy.


Przy wieżach przekaźnikowych widać już krater, a kawałek dalej – po kilku skałkach, co jest najtrudniejszym technicznie momentem całej trasy – stoi właściwy wierzchołek z krzyżem. Na górze byliśmy około 12:00, czyli szliśmy pod górę 6 godzin (z przerwami). Strasznie uprzykrzały nam się tam muszki, ale widoki były wspaniałe – z wierzchołka widać dwa oceany. Na szczycie spędziliśmy godzinę.






Jest też wariant wejścia od zachodu – szlak jest wtedy krótszy i bardziej stromy, ale też ciekawszy (i bez samochodów). Ze względu na to, gdzie mieszkaliśmy, nie mogliśmy sobie na niego pozwolić.
Schodzić zaczęliśmy po 13:00. W drodze powrotnej trzeba było bardziej uważać, bo grunt był dość sypki (choć bez przesady) – każde z nas raz się wywróciło. Wtedy też zorientowałem się, że kilka dni wcześniej skończyła mi się ważność ubezpieczenia turystycznego, a nowe miało zacząć obowiązywać dopiero po okresie karencji. Na dole byliśmy około 17:00, po 4 godzinach. Nie mieliśmy jednak umówionej taksówki, a wszystkie auta zdążyły już odjechać z parkingu. Do zachodu słońca zostało półtorej godziny, więc liczyliśmy na autostop albo busa. Po pół godzinie marszu zatrzymał się dla nas samochód i wracaliśmy na pace – razem z lodówką.

Po Tajumulco w Gwatemali (4220 m) Barú był drugim najwyższym szczytem kraju, na który weszliśmy podczas tej wyprawy.
El Valle de Antón – cztery szlaki w kalderze wulkanu
We wtorek, 16 kwietnia, pojechaliśmy do El Valle de Antón i zostaliśmy tam do 21 kwietnia. To dolina, która powstała ponad milion lat temu w kalderze wielkiego, nieaktywnego wulkanu (ostatnia erupcja około 300 tysięcy lat temu) – jej ścianami są otaczające ją wzgórza. Dno doliny leży na wysokości około 600 m, a szczyty dookoła mają 800–1100 m, więc przewyższenia są niewielkie, a przy stosunkowo małym wysiłku można podziwiać piękne widoki.

Cztery dni, cztery różne szlaki. Trzy bardzo nam się podobały: La India Dormida („Śpiąca Indianka”; wejście kosztowało 3 USD, ale tylko od jednej strony), Cerro Cara Iguana („Twarz Iguany”) i Cerro La Silla („Krzesło”). Leśny Cerro Gaital nas nie zachwycił. Na dwa szlaki podjechaliśmy busem (około 10 minut), na dwa pozostałe poszliśmy pieszo prosto z hostelu. Poza najpopularniejszą „Śpiącą Indianką” nie spotykaliśmy na nich wielu ludzi.


Jak wyglądają te góry? Las rośnie tylko do pewnej wysokości, a wyżej są już same trawy – klimat podobny do bieszczadzkich połonin albo gór w Irlandii. Przy jednym ze szlaków trafiliśmy też na skałę z wyrytymi petroglifami.



Szlaki są łatwe, a do tego było sucho. Ale góry to góry – zawsze trzeba uważać, a przede wszystkim odpowiednio się ubrać. Byliśmy świadkami akcji ratunkowej: chłopak prawdopodobnie złamał nogę – a wybrał się w góry w crocsach. Zresztą nie on jeden.

W okno pogodowe trafiliśmy idealnie: codziennie wiało, ale naprawdę pochmurno i deszczowo zrobiło się dopiero w dniu wyjazdu do stolicy. Mieszkaliśmy w hostelu Don Casa de Juan – najkorzystniejszym cenowo, jaki znaleźliśmy. Samo miasteczko jest małe i spokojne, z kościołem, targiem pełnym owoców i kolorowo pomalowanymi autobusami.

Informacje praktyczne
- Granica Kostaryka – Panama – przekraczaliśmy ją 11 kwietnia 2024 roku na wybrzeżu karaibskim; odprawa poszła szybko, biletów na dalszą podróż nikt nie sprawdzał. Jako Polacy nie potrzebowaliśmy wizy – o tym, jak długo można zostać, decyduje data na pieczątce wjazdowej (stan na 2024).
- Dojazd do Boquete – z przesiadką w mieście David. Między Alto i Bajo Boquete kursują busy, jest też taksówka; to niecałe 10 minut jazdy.
- Noclegi – w Boquete hostel The Yellow House w Alto Boquete (kuchnia, szybki internet, darmowa pralka i suszarka), w El Valle de Antón – Don Casa de Juan, najtańszy, jaki znaleźliśmy (kwiecień 2024).
- Szlaki w Boquete – El Pianista: ok. 9 km w obie strony, 600 m przewyższenia; The Pipeline: ok. 7 km w obie strony, 500 m przewyższenia. W niskim sezonie (kwiecień 2024) nie płaciliśmy za wejście; w innych miesiącach pobierano podobno ok. 5 USD.
- Wiszące mosty (Boquete Tree Trek) – wycieczka z przewodnikiem 30 USD od osoby (kwiecień 2024), pętla ok. 3 km i 200 m przewyższenia, 6 mostów; wykupuje się ją w centrum Bajo Boquete.
- Wulkan Barú – taksówka z Alto Boquete pod szlak: 11 km, 10 USD za dwie osoby (2024). Trasa 14 km w jedną stronę i ok. 1900 m przewyższenia; my szliśmy 6 godzin w górę i 4 w dół. Oficjalnie wejście trzeba zarejestrować mailem i zacząć między 4:00 a 13:00, zalecany jest przewodnik; opłaty za park narodowy nikt od nas nie pobrał. Pod szczyt można też wjechać terenówką. Warto wcześniej umówić transport powrotny – po południu z parkingu odjeżdżają ostatnie auta.
- El Valle de Antón – szlaki La India Dormida (3 USD od jednej strony, kwiecień 2024), Cerro Cara Iguana, Cerro La Silla i Cerro Gaital; do części z nich ok. 10 minut busem, do pozostałych pieszo z miasteczka.
- Pogoda – w kwietniu w Boquete pierwsze dni były wietrzne, mgliste i wilgotne; w El Valle de Antón wiało, ale było sucho.
- Ubezpieczenie – warto sprawdzić jego daty przed wyjściem w góry; mnie skończyło się w trakcie podróży, a nowe zaczynało działać dopiero po okresie karencji.
- Koszty – w całej Panamie (22 dni) wydawaliśmy średnio 24 USD (ok. 97 zł) na osobę dziennie, licząc wszystkie wydatki.
- Dalej – z El Valle de Antón pojechaliśmy do stolicy; o tym piszemy we wpisie Panama City – Kanał Panamski, Casco Viejo i dzika przyroda w środku stolicy.

Podsumowanie
Boquete i El Valle de Antón pokazały nam Panamę zupełnie inną niż ta kojarzona z wieżowcami i kanałem: lasy mgliste, wiszące mosty nad koronami drzew, trawiaste grzbiety jak na połoninach i najwyższy szczyt kraju. Przez osiem dni z rzędu przechodziliśmy codziennie inny szlak i właśnie to wspominamy z Panamy najlepiej. Jeśli mielibyśmy wybrać jedno – Barú to pozycja obowiązkowa, choć pieszo trzeba się na niego trochę namęczyć.

































