Przejdź do treści Przejdź do panelu bocznego Przejdź do stopki

Honduras, podobnie jak Salwador, był krajem, którego pierwotnie nie było na naszej liście – głównie ze względów bezpieczeństwa. Jak to jednak w podróży bywa, plan uległ zmianie, i to za sprawą snorkelingu w Belize. Tak nam się spodobało pływanie przy rafie, że postanowiliśmy pójść o krok dalej i zrobić kurs nurkowania – akurat w Hondurasie są jedne z najtańszych na świecie. Najwięcej czasu spędziliśmy więc na wyspie Utila, ale zajechaliśmy też do Copán, by zobaczyć słynne ruiny Majów.

Interaktywny Spis Treści

  1. Copán – ruiny Majów
  2. Utila – kurs nurkowania
  3. Na granicy – ciekawostki

Copán – ruiny Majów

Skoro już zdecydowaliśmy się na Honduras, zależało nam, by zobaczyć coś więcej niż tylko wyspę. Padło na ruiny Copán i leżące tuż obok miasteczko Copán Ruinas – jedno z nielicznych miejsc w kraju oznaczonych jako bezpieczne. I rzeczywiście: czuliśmy się tu zupełnie jak nie w Hondurasie, nawet po zmroku było w porządku.

Ruiny odwiedziliśmy 1 marca 2024 roku. Według obecnej wiedzy jest to najdalej wysunięte na wschód miasto Majów. Odkryto je w XVI wieku, a w XVIII wieku odkupił je amerykański badacz John Lloyd Stephens (za 50 USD) w celu dalszej eksploracji. Szczyt rozwoju miasta przypada na V–VIII wiek, kiedy było stolicą państwa Majów – szacuje się, że mogło je wtedy zamieszkiwać około 200 tysięcy osób.

Co wyróżnia Copán? Przede wszystkim Schody Hieroglifów – 63 stopnie, na których wyryto 2500 znaków, to najdłuższy i najważniejszy zabytek piśmiennictwa Majów. Można tu też podziwiać mnóstwo pięknych stel – pomników władców w strojach ceremonialnych.

„Wisienką na torcie” były znaczniki boiska do gry w piłkę (juego de pelota) w kształcie głowy ary – te kolorowe papugi żyją zresztą na terenie ruin zupełnie swobodnie. A o co chodziło w tej grze? Za pomocą bioder i ud trzeba było tak podbijać piłkę, aby przerzucić ją przez jeden z kamiennych pierścieni zawieszonych kilka metrów nad ziemią. Stawką nierzadko było… życie zawodników.

Bilet wstępu na strefę archeologiczną dla obcokrajowców kosztuje 20 USD / 500 HNL. Za dodatkowe 15 USD można zwiedzić tunele pod piramidami, a za 10 i 5 USD wejść do dwóch muzeów. Uznaliśmy, że nie jest już tanio, a ze wszystkimi dodatkami wyszłoby bardzo drogo – wybraliśmy wersję podstawową. W cenie mieliśmy jeszcze wejście na oddalony o ok. 1,5 km kompleks Las Sepulturas.

Żeby zaoszczędzić, z San Salvadoru do Copán Ruinas pojechaliśmy na własną rękę, a nie bezpośrednim shuttlem (choć byłoby dwa razy szybciej). Wyruszyliśmy o 6:30, dojechaliśmy o 18:30 – 210 km, łącznie 4 busami. Na granicy trzeba jedynie zapłacić 3 USD za wjazd do Hondurasu. Tym sposobem zamiast 65 USD za shuttle zapłaciliśmy po 15 USD od osoby.

Wróć do spisu treści


Utila – kurs nurkowania

Podczas snorkelingu na Caye Caulker w Belize Patrycja zainteresowała się kursem nurkowania w Hondurasie. Od słowa do słowa zdecydowaliśmy się zrealizować go na wyspie Utila. To niewielka wyspa, którą zamieszkuje około 5000 osób – głównie pochodzenia afrykańskiego (Garífuna), angielskiego i holenderskiego. Większość mieszkańców zna angielski, więc łatwo się dogadać, a do tego jest tu bezpiecznie – wszyscy się znają, więc w razie jakiegokolwiek przestępstwa łatwo kogoś namierzyć.

Dlaczego akurat Utila? Leży przy drugim największym systemie rafy koralowej na świecie i ma około 80 miejsc nurkowych, a przy tym słynie z jednych z najtańszych kursów. Wyspa jest na tyle mała, że większość dostępnego turystom obszaru przeszliśmy pieszo – z jednego końca miejscowości na drugi szło się około godziny.

Skorzystaliśmy z oferty szkoły Paradise Divers. W cenie kursu (288 USD) mieliśmy sześć sesji z instruktorami (do maks. 18 m głębokości) oraz dwa dodatkowe nurkowania rekreacyjne po jego ukończeniu, a także egzamin pisemny. Przewidziany czas to 4 dni z zakwaterowaniem w cenie (potem dopłata 8 USD za noc). Nam zeszło trochę dłużej, bo niemal od początku miałem problemy z ciśnieniem i bólem w uszach i czekaliśmy na poprawę.

Na wyspie przeszliśmy około 30 km. Weszliśmy na jej najwyższy punkt – wzgórze Pumpkin Hill (74 m) ze starą latarnią, odwiedziliśmy kilka plaż i jaskinie ze słodką wodą (fresh water caves). Odrobinę za centrum panuje już zupełnie inny, wiejski klimat.

Nasza szkoła/hotel miała klimat backpackerski – poza nurkowaniami regularnie organizowano wydarzenia, a każdego wieczoru można było wziąć piwo i spędzić miło czas we wspólnym gronie. Jak to wyspa – było drogo (ceny w sklepach bywały dwa razy wyższe niż na lądzie), więc najczęściej gotowaliśmy z prostych składników albo jedliśmy tradycyjne honduraskie baleadas. Z planowanego tygodnia zrobiły się dwa i – szczerze – pierwszy raz było nam żal opuszczać dane miejsce: po dwóch tygodniach poczuliśmy przynależność do tutejszej społeczności. Na pożegnanie popłynęliśmy ze szkołą na Water Cay – małą, niezamieszkaną wysepkę idealną na relaks i pływanie.

Mimo że na Utili bywało drogo, w skali całego kraju Honduras okazał się jednym z najtańszych w regionie — średnio wydawaliśmy tu około 19 USD na osobę dziennie (nocleg, jedzenie, lokalny transport i atrakcje; stan na luty–marzec 2024).

Wróć do spisu treści


Na granicy – ciekawostki

Z Hondurasem wiążą się dwie graniczne anegdoty. Pierwsza – jak przypadkiem „nielegalnie” przekroczyłem granicę. Po przejściu z Salwadoru do Hondurasu, już w kolejnej miejscowości zorientowałem się, że zostawiłem nerkę w toalecie na stacji po stronie salwadorskiej. Wskoczyłem w powrotnego busa, na granicy tłumaczyłem sytuację kolejnym urzędnikom (zostawiając paszport na przechowanie) i odzyskałem zgubę – a przy powrocie honduraski celnik trochę się zżymał, że „tak nie można”, ale nie wiedząc, co zrobić, ostatecznie mnie puścił.

Druga dotyczy wizy. W Gwatemali, Salwadorze, Hondurasie i Nikaragui można przebywać łącznie do 90 dni. Limit upływał nam akurat w dniu przekraczania granicy z Nikaraguą, więc w Hondurasie musieliśmy przedłużyć wizę (online, okazując m.in. dokument potwierdzający kurs nurkowania). Celnicy na granicy najpierw twierdzili, że wiza jest tylko na Honduras, potem – że brakuje pieczątki (której przy wizie online być nie mogło). Po dłuższym oczekiwaniu ostatecznie nas wpuścili.

Na koniec mniej przyjemna ciekawostka: na Utili Patrycja nabawiła się pcheł piaskowych – pasożytów, które wskakują na kończyny i przez kilka tygodni potrafią nieźle dać się we znaki swędzeniem. Zorientowaliśmy się dopiero w Kostaryce. Ja, choć bywałem w tych samych miejscach, wyszedłem z tego bez szwanku.

Wróć do spisu treści

Spodobał Ci się artykuł?

Zostań ze mną w podróży – obserwuj mnie tam, gdzie lubisz najbardziej.