Przejdź do treści Przejdź do panelu bocznego Przejdź do stopki
Miejsce: Ameryka Północna  Stany Zjednoczone  Kalifornia  YosemiteRok podróży: 2018

Latem 2018 roku pracowaliśmy z Patrycją w Parku Narodowym Yosemite w ramach programu Work & Travel – o samej pracy, zakwaterowaniu i życiu w parku piszę we wpisie Yosemite – informacje – Work & Travel USA 2018. Mieliśmy zostać do września, ale 13 lipca kilkadziesiąt kilometrów od doliny wybuchł pożar Ferguson Fire, w pełni opanowany dopiero 19 sierpnia. Przez trzy tygodnie żyliśmy w dymie, potem park zamknięto dla turystów, a 3 sierpnia ogłoszono ewakuację – i przez nieporozumienie zostałem w pustym parku prawie sam. Poniżej cała historia: od pierwszego dymu, przez konwój obok płonących drzew i schron Czerwonego Krzyża, po gościnę u nieznanej nam wcześniej rodziny pod Modesto i nową pracę w Wyoming. Przy każdym etapie jest film z mojego vloga z tamtych dni.

Interaktywny Spis Treści

  1. Dym nad doliną – pierwsze dni pożaru
  2. Zamknięty park i tydzień w San Francisco i Sacramento
  3. Plan na Mammoth Lakes i ogłoszenie ewakuacji
  4. Minęliśmy się z Patrycją
  5. Tydzień odcięcia od świata – i jednak konwój
  6. Schron pod Mariposą
  7. U rodziny Kevina pod Modesto (i nocne zraszacze)
  8. Negocjacje ze sponsorem i nowa praca w Grand Teton
  9. Czego nas to nauczyło

Dym nad doliną – pierwsze dni pożaru

Pożar wybuchł w piątek 13 lipca wieczorem przy Savage’s Trading Post, ok. 30 km na południowy zachód od wioski Yosemite – jak się dużo później okazało, od przegrzanego katalizatora samochodu. Pierwszym skutkiem, jaki odczuliśmy, był brak prądu: z powodu akcji gaśniczej nie mieliśmy go aż do niedzielnego poranka (zdążyliśmy na drugą połowę finału mundialu Francja – Chorwacja). Budynki usługowe w parku miały własne generatory, w trudniejszej sytuacji byli prywatni mieszkańcy. Wiedzieliśmy wtedy o pożarze niewiele i byliśmy pewni, że ugaszenie go to kwestia kilku dni.

Dym przywiało do doliny w niedzielę 15 lipca – akurat tego dnia weszliśmy szlakiem Four Mile Trail na Glacier Point (2199 m). Zamiast dwu- i trzytysięczników zobaczyliśmy szarą ścianę; z początku myśleliśmy, że to mgła. Długo czekaliśmy, aż dym się rozwieje, a w końcu wróciliśmy tą samą drogą – więcej o tej wycieczce we wpisie Yosemite – szlaki i punkty widokowe.

Kolejne dni wyglądały tak samo: rano nic nie było widać w oddali, wieczorem dym się przerzedzał, a następnego ranka wracał. W dzień docierało do nas mało światła, a słońce przebijało się przez dym jak czerwona kula. Najlepiej różnicę widać na dwóch zdjęciach z drogi do pracy, zrobionych z tego samego miejsca: 1 lipca w tle był wodospad Yosemite, 19 lipca – tylko szara mgiełka.

Wdychanie dymu szkodziło zdrowiu, więc zaczęliśmy nosić maski ochronne. Przepadły też nasze najważniejsze plany górskie, m.in. wejścia na North Dome i Half Dome. 22 lipca pożar obejmował ok. 117 km², gasiło go 2903 ludzi, a opanowane było zaledwie 6% jego obszaru. Na szczęście ogień nie szedł w naszą stronę – problemem był dym, który zajmował tak duży obszar, że żeby się z niego wydostać, trzeba było przejechać spory kawałek drogi.

Park zaczął pustoszeć. Obłożenie hoteli spadło z prawie 100% do ok. 70%, baseny bywały zamykane, a rafting praktycznie przestał działać. Lokale gastronomiczne zamykano wcześniej, a pracowników coraz częściej odsyłano do domu przed końcem zmiany – do 22 lipca mnie raz, niektórych po kilka razy. Kiedy dymu było trochę mniej, wieczorami chodziliśmy na „Kanapę”, nieoficjalny punkt widokowy przy Half Dome Village – raz z Aną z Kolumbii, która chętnie uczyła się od nas polskich słówek. Wiatr co jakiś czas rozwiewał dym i pozwalał zobaczyć trochę więcej.

Miniatura filmu: Zadymiony krajobraz w Yosemite w trakcie pożaru Ferguson Fire3:41
Film: Zadymiony krajobraz w Yosemite w trakcie pożaru Ferguson Fire

Wróć do spisu treści


Zamknięty park i tydzień w San Francisco i Sacramento

24 lipca sytuacja zaczęła się komplikować. Do gaszenia ściągnięto strażaków z całej Kalifornii, a turyści dostali polecenie opuszczenia parku do południa następnego dnia. Od 25 lipca dolinę Yosemite, Wawonę i gaj sekwoi Mariposa Grove zamknięto – według komunikatu parku „co najmniej do 29 lipca” – razem z drogami wjazdowymi od zachodu (głównym połączeniem ze światem) i od południa. Patrycja nie miała już szans na pracę, mnie zaproponowano zmiany przy wydawaniu posiłków pracownikom parku, bo turystów lada chwila miało nie być wcale. Oficjalnie mówiło się, że w kolejnym tygodniu park „na 90%” zostanie otwarty – takie zapewnienia słyszeliśmy zresztą do samego końca. Tego samego dnia w drodze do pracy widziałem niedźwiedzia, który siedział na drzewie przy drodze i objadał się jabłkami.

Zamiast siedzieć w dymie bez pracy, postanowiliśmy na kilka dni wyjechać. 25 lipca rano pojechaliśmy płatnym autobusem dla opuszczających park do Fresno, ok. 150 km na południe. W dziewięć osób z pracy, m.in. z Willem, chcieliśmy wynająć tam vana i ruszyć razem do San Francisco. Nie wyszło: płacić musiała osoba, która skończyła 25 lat, a z całej grupy tylko ja byłem w tym wieku. Na polskim koncie miałem za mało pieniędzy, amerykańskiego jeszcze nie miałem, a auta z aplikacji też nie mogłem wypożyczyć, bo prawo jazdy zostało w Polsce (międzynarodowe nie wystarczało). Rozdzieliliśmy się – reszta została we Fresno, a my kupiliśmy w Walmarcie namiot, po niecałych 5 km marszu rozbiliśmy go w mieście, a następnego dnia pojechaliśmy komunikacją do San Francisco.

Miniatura filmu: Napotkany niedźwiedź, plan wyjazdu przy braku pracy [pożar w Yosemite]3:49
Film: Napotkany niedźwiedź, plan wyjazdu przy braku pracy [pożar w Yosemite]
Miniatura filmu: W drodze z Yosemite do San Francisco – przystanek Fresno4:13
Film: W drodze z Yosemite do San Francisco – przystanek Fresno

San Francisco przywitało nas zimnem, wiatrem i chmurami tuż nad głowami – po kalifornijskich upałach w namiocie marzłem jak chyba nigdy wcześniej. Potem pojechaliśmy do Sacramento, stolicy stanu, gdzie było prawie 20 stopni cieplej. Obie wizyty opisuję osobno: z namiotem w San Francisco i zwiedzanie Sacramento. Cała pętla z Yosemite przez San Francisco i Sacramento z powrotem do parku to 916 km komunikacją publiczną.

Przed wyjazdem usłyszeliśmy, że w poniedziałek 30 lipca park ma zostać otwarty, więc tego dnia wróciliśmy – choć niezbyt w to wierzyliśmy. Od zachodu otwarta była tylko jedna droga; pozostałe zamknięto, bo ogień był blisko, a fragmenty jezdni blokowały konary spalonych drzew. Raz dziennie, o 14:00, z miejscowości Sonora jeździł do parku darmowy autobus dla pracowników. Komunikacją publiczną z Sacramento (wyjazd o 9:50) dało się dojechać najdalej do Modesto, ok. 80 km od Sonory. Tam przez 40 minut szukaliśmy internetu, żeby zamówić Ubera – w końcu hasło do Wi-Fi dali nam pracownicy biura sklepu ogrodniczego. Przejazd do Sonory kosztował 45,27 USD za dwie osoby, a na autobus zdążyliśmy w ostatniej chwili.

W parku zastaliśmy tyle samo dymu co przy wyjeździe i prawdziwe miasto duchów – turyści i część pracowników już wyjechali. Pierwszą osobę spotkaliśmy dopiero po pół kilometra, pod moim apartamentem: sąsiada Szymona, też z Polski. Przez kolejne dni większość osób po prostu odpoczywała, bo pracy prawie nie było. Mnie udało się złapać dwa dni w stołówce dla pracowników – robiłem to samo co wcześniej, tylko dla mniejszej liczby osób (jednego dnia w jednym miejscu zarwał się sufit i zalało nam część podłogi, jakby pożaru było mało). Załapaliśmy się też na rumuńskie BBQ tuż pod naszym apartamentem – jednym z moich współlokatorów był Lucian z Rumunii.

Miniatura filmu: Powrót do Yosemite z Sacramento (miasto duchów, BBQ)6:57
Film: Powrót do Yosemite z Sacramento (miasto duchów, BBQ)

Wróć do spisu treści


Plan na Mammoth Lakes i ogłoszenie ewakuacji

Po kilku kolejnych dniach w dymie i bez pracy znów chcieliśmy na chwilę wyjechać – tym razem na wschód, nad jezioro Mono Lake i do Mammoth Lakes, miejscowości pod górą Mammoth (3370 m n.p.m.) otoczonej jeziorami. Okazja nadarzyła się sama: dwoje pracowników parku wyjeżdżało szukać nowej pracy nad jeziorem Tahoe (ok. 200 km na północ) i mogło nas podrzucić w tamtą stronę. Otwarta była już tylko droga nr 120 – ta sama, którą wróciliśmy od zachodu, a którą da się też wyjechać na wschód. Plan: autem do Lee Vining (ok. 70 km), a stamtąd ok. 50 km autostopem na południe.

3 sierpnia rano, spakowani na kilka dni, zatrzymaliśmy się jeszcze na stacji benzynowej w wiosce Yosemite. Tam zagadnął nas strażnik parku: czy na pewno chcemy wyjeżdżać, skoro ewakuacja może zostać ogłoszona w każdej chwili, a po wyjeździe można już nie wjechać z powrotem? Nasi kierowcy i tak nie zamierzali wracać, ale my musieliśmy zdecydować od razu. W ewakuację nie bardzo wierzyliśmy, ale na wszelki wypadek zostaliśmy. Na Facebooku zdążyłem jeszcze ogłosić wyjazd nad Mono Lake, a chwilę później dopisać: „Nigdzie nie wyruszamy”. Godzinę później ewakuację ogłoszono.

Nie zagrażał nam sam ogień, tylko szkodliwy dla zdrowia dym, a do tego spadające na drogi drzewa – groziło nam odcięcie od świata. Wszyscy mieli się zgłosić do pawilonu w Half Dome Village (dziś znów Curry Village), czyli do mojego miejsca pracy. Wpisywało się tam na listę ewakuowanych, dostawało darmowy posiłek i informację, że autobusy zawiozą wszystkich do schronu. Nie wiedząc, co będzie dalej, postanowiliśmy spakować wszystko – z myślą, że być może już tu nie wrócimy i trzeba będzie szukać pracy gdzie indziej.

Miniatura filmu: Ewakuacja z Yosemite część 1 – zostałem sam!6:56
Film: Ewakuacja z Yosemite część 1 – zostałem sam!

Wróć do spisu treści


Minęliśmy się z Patrycją

Po spakowaniu mieliśmy się spotkać u mnie w apartamencie. Spakowałem wszystko oprócz jedzenia i czekałem. Patrycja długo nie przychodziła, więc pomyślałem, że może potrzebuje pomocy z rzeczami. Zadzwonić nie mogliśmy – nie mieliśmy amerykańskiej sieci, a w miejscu zamieszkania nie było Wi-Fi. Zostawiłem rzeczy w pokoju i poszedłem do jej akademika, ale już jej tam nie było. Kiedy wróciłem, nie było też mojej walizki ani torby z laptopem – został tylko niedopakowany karton z jedzeniem. Uznałem, że najrozsądniej będzie zostać na miejscu, bo inaczej znowu się miniemy.

Co się stało? Patrycję poganiano, żeby jak najszybciej opuściła akademik. Przed odwiezieniem na miejsce zbiórki autobusów chciała jeszcze zajechać do mnie, ale kiedy dotarła, pracownik zasugerował, że mnie też na pewno poganiano, więc zostawiłem rzeczy i poszedłem do autobusu. Zapewniono ją, że „na pewno” pojechałem innym busem. Moja walizka i laptop pojechały więc razem z nią do schronu oddalonego o ok. 70 km, a ja zostałem w parku.

Po jakimś czasie jeden z szefów parku powiedział mi, że wszystkie autobusy już odjechały. Mam się nie martwić, bo jestem bezpieczny – ale moje odcięcie od świata potrwa mniej więcej tydzień.

Wróć do spisu treści


Tydzień odcięcia od świata – i jednak konwój

Zostałem z telefonem, portfelem, poduszką, prześcieradłem, ręcznikiem i sporym zapasem jedzenia i napojów. Nie miałem za to kosmetyków, ładowarki do telefonu ani ubrań na zmianę. Na szczęście pracodawca pozwolił tym, którzy zostali, wziąć za darmo ze sklepu najpotrzebniejsze rzeczy – wziąłem artykuły spożywcze, środki higieniczne i ładowarkę. Michael, jeden z pracowników parku, przyniósł mi jeszcze puzzle i notesy, żebym miał czym zająć czas – bardzo miły gest. Dzięki telefonom innych pracowników udało mi się w końcu porozmawiać z Patrycją.

W opustoszałym parku widziałem przez ten czas więcej zwierząt niż ludzi. Tej nocy porządnie się wyspałem.

Zapowiadany tydzień skończył się po jednym dniu. Rano 4 sierpnia wyrzuciłem śmieci, wyprałem i wysuszyłem jedyny komplet ubrań, jaki miałem – i dowiedziałem się, że jeszcze tego dnia z parku wyjedzie konwój z ostatnimi osobami. Dopakowałem jedzenie i podwieziono mnie na miejsce zbiórki. Jechałem vanem z Davidem, jednym z menedżerów z Yosemite. Na czele konwoju jechał samochód strażników parku, a trasa prowadziła niedaleko miejsca, w którym zaczął się pożar. Na drodze leżały płonące kawałki drzew, a za oknem przesuwał się spalony las.

Miniatura filmu: Ewakuacja z Yosemite część 2 – konwój, schron, raj4:38
Film: Ewakuacja z Yosemite część 2 – konwój, schron, raj

Wróć do spisu treści


Schron pod Mariposą

Konwój zakończył się przy schronie niedaleko Mariposy, w miejscowości Bootjack, w budynku wspólnoty chrześcijańskiej New Life Christian Fellowship. Tutaj trafiła dzień wcześniej Patrycja i większość ewakuowanych. Amerykański Czerwony Krzyż wydawał jedzenie i podstawowe środki higieny osobistej.

W dużej sali stały rzędy łóżek polowych, jedno obok drugiego. Zasady były proste: śniadanie od 7:00, obiad od 12:00, kolacja od 18:00, gaszenie świateł o 22:00. Na prysznic trzeba było się zapisywać z dużym wyprzedzeniem, a czas był ograniczony – na każdą płeć przypadała tylko jedna łazienka. Na całym terenie obowiązywał zakaz alkoholu. Przebywały tu głównie starsze osoby, studenci z Work & Travel i ci, którzy mieszkali daleko, ale chcieli jeszcze wrócić do Yosemite – nie mieli się gdzie podziać. Wokół było sporo osób z pracy, ale perspektywa spędzenia tu dłuższego czasu nie była zbyt ciekawa.

Wróć do spisu treści


U rodziny Kevina pod Modesto (i nocne zraszacze)

Patrycja nie została w schronie długo. Dostała łóżko polowe obok Davida, kolegi z pracy, a ten dostał zaproszenie od Kevina – też ewakuowanego pracownika Yosemite – do jego domu rodzinnego. Każdy, kto potrzebował pomocy, był tam mile widziany. Patrycja od razu się zgodziła i jeszcze tego samego dnia przyjechał po nich kolega Kevina.

Ja dotarłem tam dzień później: ze schronu David podwiózł mnie ponad 100 km do domu rodziny Kevina w Waterford pod Modesto. Te półtorej godziny rozmów o wszystkim wspominam bardzo miło, a po drodze w końcu wyjechaliśmy ze strefy dymu. W domu brakowało miejsca do spania – w szczytowym momencie mieszkało tu ponad 10 osób, w tym kilku kucharzy z Yosemite, którzy gotowali dla wszystkich specjalne dania – więc rozbiliśmy w ogrodzie nasz namiot z Walmartu.

Pewnej nocy, w samym jej środku, nagle włączyły się ogrodowe zraszacze – wycelowane prosto w nasz namiot. Przenieśliśmy go potem w inne miejsce ogrodu. Poza tym było to prawdziwe miejsce wytchnienia: korzystaliśmy z basenu, chodziliśmy na spacery po okolicy, raz do opuszczonego młyna (wejść się nie dało, a z zewnątrz nie robił wielkiego wrażenia), a ja poszedłem nawet do fryzjera. Spędziliśmy tu niecały tydzień w bardzo miłej atmosferze. Rodzina Kevina przyjęła pod swój dach ludzi, których wcześniej w ogóle nie znała – jesteśmy jej za to ogromnie wdzięczni.

Miniatura filmu: Pobyt w oazie spokoju podczas szukania nowej pracy6:00
Film: Pobyt w oazie spokoju podczas szukania nowej pracy

Wróć do spisu treści


Negocjacje ze sponsorem i nowa praca w Grand Teton

Wracać do Yosemite nie chcieliśmy – sytuacja była zbyt niepewna, a każdy tydzień bez pracy oznaczał spore straty. Patrycja nie pracowała od zamknięcia parku dla turystów, ja tylko na pojedynczych zmianach; łącznie byliśmy bez pracy 2–3 tygodnie. Przez cały pobyt u Kevina negocjowaliśmy więc z amerykańskim sponsorem programu, CIEE (Council on International Educational Exchange). Trwało to długo i kosztowało sporo nerwów, a sponsor nie traktował wszystkich jednakowo: jednym pomagał bardziej, innym mniej. Sporo osób nie dostało pomocy w opłaceniu tymczasowego noclegu w czasie ewakuacji i musiało dopłacać z własnej kieszeni; podobnie było z ofertami nowej pracy i darmowym transportem. Do dziś mamy o tym mieszane uczucia.

Najpierw dostaliśmy propozycję pracy na zmywaku w Parku Narodowym Mesa Verde w Kolorado: 9,30 USD za godzinę, gwarancja tylko 30 godzin tygodniowo, ponad pół godziny dojazdu w jedną stronę, a do tego daleko od miejsca, z którego miała ruszać nasza późniejsza podróż. Z braku wyboru się zgodziliśmy – ale jeszcze w trakcie rozmowy pojawiła się oferta z Parku Narodowego Grand Teton w Wyoming. Podobne stanowisko jak w Yosemite, 9,60 USD za godzinę, 48 godzin tygodniowo, wspólny pokój kilka minut pieszo od pracy, 93 USD tygodniowo razem z trzema posiłkami dziennie, darmowe autobusy i atrakcje, a do tego góry i Yellowstone niedaleko. Wybór był oczywisty.

Sponsor kupił nam bilety na następny dzień, 9 sierpnia: z Fresno (z Modesto dojechaliśmy pociągiem) do Jackson Hole z przesiadką w Los Angeles, za ok. 920 USD – dopłaciliśmy tylko za bagaż. Tym samym samolotem do Los Angeles leciał Will, z którym mieliśmy kiedyś jechać do San Francisco. Przez ewakuację i zamknięte drogi nie zdążył wrócić do Yosemite po swoje rzeczy, a nową pracę dostał na Alasce. Inni trafili m.in. na Florydę i do Kolorado, a część została w Yosemite.

W Grand Teton po raz pierwszy w USA dostaliśmy wspólny pokój, a zaraz po przyjeździe przywitali nas mieszkający tam Polacy. Polecieliśmy ze stanu pełnego dymu – i w Wyoming też co jakiś czas przywiewało dym z odległych pożarów. Jak było dalej, opisuję we wpisie o Parku Narodowym Grand Teton.

Miniatura filmu: Żegnaj Kalifornio, witaj Wyoming!4:37
Film: Żegnaj Kalifornio, witaj Wyoming!

Wróć do spisu treści


Czego nas to nauczyło

Z perspektywy czasu ewakuacja nauczyła nas przede wszystkim podejmowania ważnych decyzji pod presją i radzenia sobie w stresujących sytuacjach. Kilka rzeczy, które warto wiedzieć, wybierając się na Work & Travel do Kalifornii albo latem do parku narodowego:

  • Pożary to część kalifornijskiego lata. W Kalifornii lasy płoną co roku, a park może zostać zamknięty nawet na kilka tygodni. Nikt nie uprzedzi o tym przed wyjazdem, żeby nie zniechęcać do pracy – trzeba to wziąć pod uwagę samemu.
  • Dla nas najgroźniejszy był dym, nie ogień. Przy złym powietrzu przydaje się maska ochronna, a dłuższe wyjścia w góry trzeba odłożyć.
  • Zadbajcie o łączność. Byliśmy umówieni u mnie, ale gdy plan się posypał, bez amerykańskiej karty SIM i bez Wi-Fi w zakwaterowaniu nie mogliśmy się skontaktować – i minęliśmy się w najgorszym momencie.
  • Telefon, ładowarka, dokumenty i ubranie na zmianę – zawsze przy sobie. Moja walizka pojechała beze mnie, a ja zostałem bez ładowarki i bez ubrań.
  • Prawo jazdy i konto w USA. Do wynajęcia auta potrzebne było polskie prawo jazdy (międzynarodowe nie wystarczyło), pieniądze na koncie i ukończone 25 lat.
  • Zapas pieniędzy. Przez 2–3 tygodnie bez pracy i tak byliśmy stratni – bez gościnności rodziny Kevina kosztowałoby nas to dużo więcej.
  • Warto negocjować ze sponsorem. Pierwsza oferta nie była najlepsza – lepsza pojawiła się dopiero w trakcie rozmowy.

Mimo wszystko nie żałujemy. Tylko przez pożar zobaczyliśmy San Francisco i Sacramento, poznaliśmy niesamowicie gościnną rodzinę Kevina i trafiliśmy do Grand Teton, z Yellowstone niedaleko – w czasie miesięcznej podróży po zakończeniu pracy nie dalibyśmy rady tam dojechać. Do Yosemite wróciliśmy jeszcze w październiku, tym razem bez dymu – weszliśmy wtedy m.in. na Sentinel Dome.

Kalendarium

  • 13 lipca – wybucha pożar Ferguson Fire; do niedzieli rano nie ma prądu.
  • 15 lipca – dym dociera do doliny Yosemite (Glacier Point w dymie).
  • 25 lipca – zamknięcie doliny dla turystów, wyjazd do Fresno.
  • 26–30 lipca – San Francisco i Sacramento.
  • 30 lipca – powrót do opustoszałego parku.
  • 3 sierpnia – ewakuacja; zostaję w parku prawie sam.
  • 4 sierpnia – konwój, schron pod Mariposą i dom rodziny Kevina.
  • 9 sierpnia – lot z Fresno przez Los Angeles do Jackson Hole i nowa praca w Grand Teton.
  • 19 sierpnia – pożar zostaje w pełni opanowany.
Miniatura filmu: Skrót/podsumowanie pobytu w Yosemite6:19
Film: Skrót/podsumowanie pobytu w Yosemite

Wróć do spisu treści


Galeria zdjęć

Spodobał Ci się artykuł?

Zostań ze mną w podróży – obserwuj mnie tam, gdzie lubisz najbardziej.