Przejdź do treści Przejdź do panelu bocznego Przejdź do stopki
Miejsce: Afryka  TanzaniaRok podróży: 2026

Na Kilimandżaro poleciałem na początku czerwca 2026 roku w dziesięcioosobowej ekipie. Zanim jednak stanęliśmy na szlaku, mieliśmy za sobą pięć dni pełnych wrażeń: odwołany lot, noc na lotnisku w Zurychu, przypadkowy udział w inauguracji nowego połączenia lotniczego do Tanzanii, dzień w mieście Arusza, wizytę na Cmentarzu Wygnańców Polskich w Tengeru i odprawę w Moshi. Już na miejscu żartowałem, że samo dostanie się do Tanzanii dało tyle emocji, że Kilimandżaro musi się postarać.

Ten wpis obejmuje dni 0–4, czyli 1–5 czerwca 2026 roku – od wyjazdu z Olsztyna do wieczoru przed pierwszym dniem trekkingu. Kilimandżaro jest też tematem mojej prelekcji „Odkrywczym Szlakiem na dach Afryki – Kilimandżaro, góra obiecana”, której premiera odbyła się 11 września 2026 roku na XVII Ogólnopolskim Zlocie Autostopowiczów w Kostkowicach.

Interaktywny Spis Treści

  1. Przygotowania – góra obiecana
  2. Dni 0–1: z Olsztyna przez Warszawę na lotnisko w Zurychu
  3. Dzień 2: lot inauguracyjny Bruksela – Kilimandżaro
  4. Dzień 3: Arusza
  5. Dzień 4: Cmentarz Wygnańców Polskich w Tengeru
  6. Moshi – odprawa i urodziny przed wyprawą
  7. Informacje praktyczne i koszty

Przygotowania – góra obiecana

Pomysł na Kilimandżaro pojawił się w 2023 roku, a rok później najwyższy szczyt Afryki stał się moją „górą obiecaną” – umówiłem się na niego z Michałem i Filipem. Wyjazd nie należał do tanich, ale w 2026 roku okoliczności wreszcie sprzyjały. Przełomem było ogłoszenie wyprawy: lider naszej grupy znalazł najtańszą opcję u sprawdzonego organizatora i tak zebrała się dziesięcioosobowa ekipa.

Potem przyszedł czas na przygotowania. Trenowałem przede wszystkim dłuższymi marszami po Olsztynie i okolicy, m.in. Łynostradą, i rozchodziłem nowe buty górskie. Ostatnim górskim treningiem był majowy wyjazd do Norwegii z Łukaszem – więcej o okolicy w osobnym wpisie o Stavanger.

Do tego dochodziło kompletowanie sprzętu, zakupy przekąsek na szlak i ograniczenie alkoholu – w ostatnich tygodniach przed wyjazdem zostało mi głównie piwo bezalkoholowe. Loty kupiliśmy mniej więcej trzy miesiące przed wylotem.

Pakowanie przeciągnęło się do późnej nocy 31 maja, bo równolegle ogarnialiśmy jeszcze logistykę innego wyjazdu. Skończyło się na dwóch, trzech godzinach snu – przed wyjazdem do Warszawy postanowiłem nie marnować dnia urlopu i poszedłem jeszcze do pracy.

Wróć do spisu treści


Dni 0–1: z Olsztyna przez Warszawę na lotnisko w Zurychu

W poniedziałek 1 czerwca razem z Michałem ruszyliśmy z Olsztyna do Warszawy, gdzie mieliśmy nocleg przed wylotem.

Dotarliśmy późnym wieczorem, ale zdążyliśmy jeszcze spotkać się z Anitą, która akurat była w stolicy. Dostałem od niej muszlę św. Jakuba ze szlaku Camino de Santiago, który sama przeszła. To był dla mnie duży gest – poczułem się zaopiekowany, a muszla towarzyszyła mi już do końca wyprawy.

We wtorek okazało się, że nasz lot do Brukseli o 18:05 został odwołany. Skorzystaliśmy z połączenia alternatywnego – przez Zurych, z wylotem o 19:40. Na Lotnisku Chopina spotkaliśmy się z Filipem i Piotrkiem, a niedługo później dołączyli do nas Paweł, Asia i Łukasz. Wszystko szło zgodnie z planem i około 22:00 wylądowaliśmy w Zurychu.

Noc spędziliśmy na prawie pustym lotnisku i – co ciekawe – całkiem dobrze się wyspaliśmy. Byliśmy niby sami, ale nie do końca: czas umilał nam samojezdny robot czyszczący podłogi.

Rano kupiliśmy najdroższą kawę w moim życiu: 8,5 CHF, czyli około 40 zł (na szczęście za dwie). O 7:25 polecieliśmy do Brukseli.

Wróć do spisu treści


Dzień 2: lot inauguracyjny Bruksela – Kilimandżaro

W Brukseli wylądowaliśmy o 8:50 i dopiero tam okazało się, że nasz lot do Tanzanii jest pierwszym lotem nowego połączenia Brussels Airlines z Brukseli na lotnisko Kilimanjaro. Załapaliśmy się więc na całe oficjalne wydarzenie z udziałem przedstawicieli Tanzanii.

Byliśmy głodni, więc darmowy poczęstunek bardzo się przydał – posłużył nam za śniadanie.

Samolot wystartował o 10:20. W długich lotach lubię posiłki na pokładzie, a tu dostaliśmy je dwa razy. Z tyłu były jeszcze wolne miejsca, więc przesiedliśmy się do Filipa i Pawła. Dzięki temu mieliśmy piękne widoki na Alpy, a że siedzieliśmy na samym końcu, dostawaliśmy też dokładki pizzerek, które zostały.

Na lotnisku Kilimanjaro wylądowaliśmy o 20:35 czasu lokalnego i przywitano nas bardzo serdecznie: samolot został oblany wodą z wozów strażackich, rozłożono czerwony dywan, dostaliśmy róże i breloczki, były tradycyjne tańce, a ja nawet udzielałem wywiadu do kamery. Tanzania żyje z turystyki, dlatego nowe połączenie lotnicze bardzo cieszyło mieszkańców.

Na lotnisku wisiały też komunikaty o eboli: w Tanzanii epidemii nie było, ale wybuchła w sąsiednim kraju, więc obowiązywały środki ostrożności.

Niestety już na samym początku jeden z pracowników lotniska oczekiwał w toalecie napiwku właściwie za nic. Formalności załatwiliśmy sprawnie i wcześniej zamówionym transportem pojechaliśmy prosto do hotelu w Aruszy. W Tanzanii obowiązuje ruch lewostronny, a drogi były tak dziurawe, że jechaliśmy powoli – po tanzańsku „pole pole”, czyli w suahili „powoli, powoli”. W pokoju czekał już na nas jeden lokator.

Wróć do spisu treści


Dzień 3: Arusza

Arusza to czwarte co do wielkości miasto Tanzanii. W czwartek w końcu mogliśmy się w miarę wyspać, a potem czekało na nas treściwe śniadanie w hotelu.

Na drzewach przy hotelu skakały małpki, licząc na resztki z posiłków – sprytnie zjawiały się właśnie w porze śniadania. Sam hotel był w porządku, ale prowadziła do niego droga kiepskiej jakości, a takich jest w Aruszy sporo. Widok z balkonu przypominał trochę strefę wojenną, a to był po prostu niedokończony hotel.

Zrobiliśmy długi spacer po mieście. Wiele osób nas zagadywało i machało do nas (szczególnie dzieci) – generalnie bardzo miło. Wszędzie panował jednak chaos na ulicach i chodnikach, zgiełk i sporo spalin w powietrzu, a w niektórych miejscach tłok aż przytłaczał. Ma to swój klimat, ale dobrze było później usiąść w spokojniejszym miejscu.

Generalnie czułem tu taki „afrykański” klimat Ameryki Środkowej, tylko bezpieczniej – szczególnie gdy poruszaliśmy się większą grupą. Nawet miejskie busiki wyglądały jak „colectivo” z Ameryki Łacińskiej.

Poza głównymi ulicami większość bocznych dróg nie ma asfaltu i jest raczej słabej jakości – trzeba patrzeć pod nogi, żeby nie wpaść w dziurę.

Kupiliśmy sobie tanzańskie koszulki piłkarskie. Pierwszy sprzedawca chciał za nie 15 USD, drugi – 10 USD, więc kupiliśmy od drugiego. Kiedy pierwszy wrócił, obraził się, że nie wzięliśmy od niego, bo przecież przyszedł do nas pierwszy.

Wypiliśmy też piwo i zjedliśmy pizzę. Za dwa piwa i około czterech kawałków pizzy zapłaciłem w przeliczeniu około 7 USD.

Po powrocie do hotelu spotkaliśmy się z resztą grupy, która dotarła tego dnia. Przez przypadek trafiliśmy też na wesele odbywające się w naszym hotelu i załapaliśmy się na sesję zdjęciową – mamy więc wspólne zdjęcia z tej uroczystości.

Później ruszyliśmy na drugi spacer i zahaczyliśmy o słynną wieżę zegarową. Uznaje się, że stoi w połowie drogi między Kairem a Kapsztadem, dlatego to miejsce nazywane jest środkiem Afryki – ale tylko symbolicznie. Do obu miast jest stąd rzeczywiście podobnie daleko (w linii prostej ok. 3760 i 3890 km), jednak prawdziwy punkt w połowie drogi leży ok. 1300 km na zachód, w Demokratycznej Republice Konga, w prowincji Maniema.

Próbowano nas też naciągnąć na opłatę za skorzystanie z ulicznej wagi – kolejna lekcja, że nie warto zgadzać się na wszystko i trzeba zachować czujność. Na koniec dnia zjedliśmy pierwszy wspólny posiłek w pełnym, dziesięcioosobowym składzie. Połowa grupy wróciła do hotelu tuk-tukami, a druga połowa szła po zmroku z lokalnym „ochroniarzem” uzbrojonym w maczetę.

Wróć do spisu treści


Dzień 4: Cmentarz Wygnańców Polskich w Tengeru

W piątek 5 czerwca całą ekipą ruszyliśmy busem w kierunku Moshi. Bagaże pojechały na dachu.

Już na początku dnia czekała nas niespodzianka – odwiedziliśmy Cmentarz Wygnańców Polskich w Tengeru, niedaleko Aruszy. Pomysł pojawił się spontanicznie już po przylocie, dzięki zaangażowaniu części ekipy – przede wszystkim Pawła, który jeszcze w nocy napisał do polskiej ambasady. Cmentarz leży z dala od głównych tras, a dojazd okazał się dość wymagający: ostatnie kilometry prowadziły kiepskimi drogami, więc podróż była długa i momentami niezbyt komfortowa.

Sama wizyta zrobiła jednak duże wrażenie. Spoczywają tu Polacy, którzy po zesłaniu na Syberię wydostali się z ZSRR razem z armią Andersa i przez Bliski Wschód trafili aż do Afryki Wschodniej. Napis na murze podaje lata 1942–1952. To jeden z mniej znanych rozdziałów naszej historii.

W budynku przy cmentarzu wiszą polskie flagi i stare zdjęcia, a tablica z orłem zaczyna się od słów: „Wędrowcze! Ucz się prawdziwej historii tu przy mogiłach tułaczy, synów i córek polskiej ziemi”.

Zatrzymaliśmy się na chwilę zadumy, a na koniec zrobiliśmy wspólne zdjęcie z flagą przed bramą.

Wróć do spisu treści


Moshi – odprawa i urodziny przed wyprawą

W dalszej drodze obserwowaliśmy codzienne życie Tanzanii: pola uprawne, niewielkie miejscowości, przydrożne stragany i tłumy ludzi przemieszczających się pieszo, rowerami i motocyklami.

Teoretycznie po drodze powinniśmy podziwiać Meru (4566 m n.p.m.) i Kilimandżaro (5895 m n.p.m.). Niestety oba szczyty skutecznie schowały się w chmurach.

Po południu dotarliśmy do Moshi – miasta położonego u stóp Kilimandżaro i naszego ostatniego przystanku przed wyprawą. Było tu zdecydowanie cieplej i bardziej duszno niż w Aruszy, około 28°C.

Po zakwaterowaniu znaleźliśmy chwilę na odpoczynek i coś do jedzenia, a potem przeszliśmy się po okolicy. Na tabliczkach z nazwami ulic widnieje słowo „barabara”, czyli w suahili po prostu droga, a przy hotelu rósł chlebowiec z ogromnymi owocami wyrastającymi prosto z pnia.

Następnie odbyła się odprawa z przewodnikami i pozostałymi członkami naszej ekipy. Omówiliśmy przebieg wyprawy, wyposażenie i najważniejsze zasady bezpieczeństwa. Ruszaliśmy pod koniec pory deszczowej – teoretycznie na początku suchej. Powoli docierało do nas, że następnego dnia zaczynamy.

Ten dzień miał jeszcze jeden wyjątkowy akcent – razem z całą ekipą świętowałem swoje urodziny. To był bardzo miły sposób na spędzenie wieczoru przed rozpoczęciem trekkingu.

Wieczorem przyszła pora na przepakowanie plecaków: osobno rzeczy do głównej torby, osobno do podręcznego plecaka, a osobno to, co zostawało w hotelu do naszego powrotu. Następnego dnia ruszaliśmy na Kilimandżaro.

Wróć do spisu treści


Informacje praktyczne i koszty

Najważniejsze informacje z pierwszych dni w Tanzanii – ceny z czerwca 2026 roku.

  • Loty – z Warszawy przez Zurych i Brukselę (pierwotnie tylko przez Brukselę) na lotnisko Kilimanjaro (KIA), które leży między Aruszą a Moshi. Bilety kupiliśmy około trzech miesięcy przed wylotem, kosztowały 3558 zł (ok. 958 USD).
  • Wiza – 50 USD (186 zł); pieczątkę z pobytem do 90 dni dostałem na lotnisku Kilimanjaro.
  • Organizacja – wyprawę wykupiliśmy jako dziesięcioosobowa grupa u organizatora; na miejscu obsługiwała nas lokalna agencja z przewodnikami, a z lotniska do hotelu i dalej do Moshi jechaliśmy wcześniej zamówionym transportem.
  • Ceny na miejscu – często podawane w dolarach: koszulka piłkarska 10 USD, dwa piwa i około czterech kawałków pizzy w Aruszy ok. 7 USD. Warto negocjować i porównywać oferty.
  • Napiwki i naciąganie – zdarzają się próby wyłudzenia napiwku za nic (np. w toalecie na lotnisku) albo opłaty za drobiazgi, jak uliczna waga. Po zmroku poruszaliśmy się tuk-tukiem albo w większej grupie.
  • Drogi – ruch lewostronny, mnóstwo dziur i nieutwardzonych bocznych dróg; przejazdy trwają dłużej, niż wynikałoby z odległości.
  • Pogoda na początku czerwca – koniec pory deszczowej; w Moshi ok. 28°C i duszno, w Aruszy chłodniej. Meru i Kilimandżaro często chowają się w chmurach.
  • Internet – eSIM za 20 USD (76 zł).
  • Koszt całego wyjazdu (1–16 czerwca 2026) – razem 19 156 zł (ok. 5163 USD): podstawa u organizatora 12 736 zł (6800 zł + 1600 USD), loty 3558 zł, wiza 186 zł, napiwki dla ekipy agencji 482 zł (130 USD), wydatki na miejscu kartą 1005 zł (271 USD) i gotówką 1113 zł (300 USD), eSIM 76 zł.

O samym wejściu na szczyt – w osobnym wpisie.

Wróć do spisu treści


Galeria zdjęć

Spodobał Ci się artykuł?

Zostań ze mną w podróży – obserwuj mnie tam, gdzie lubisz najbardziej.