
Po zejściu z Kilimandżaro nasza przygoda w Tanzanii jeszcze się nie skończyła – zostały nam trzy dni atrakcji. 13 czerwca 2026 roku pojechaliśmy do Materuni, wioski ludu Chagga na zboczach Kilimandżaro, gdzie czekał na nas wodospad, lokalne jedzenie i cały proces przygotowania kawy. Kolejne dwa dni to safari w Tanzanii: najpierw w Parku Narodowym Tarangire, a potem w kraterze Ngorongoro. 16 czerwca wróciliśmy do Polski – z ostatnim widokiem na Kilimandżaro, tym razem z okna samolotu.
Ten wpis zamyka relację z wyjazdu. Wcześniejsze dni opisałem w dwóch wpisach: Tanzania przed Kilimandżaro: lot inauguracyjny, Arusza, polski cmentarz w Tengeru i Moshi oraz Kilimandżaro trasą Machame – 7-dniowy trekking na Uhuru Peak. O całej wyprawie, razem z kawą w Materuni i safari, opowiadam też na prelekcji „Odkrywczym Szlakiem na dach Afryki – Kilimandżaro, góra obiecana”.
Interaktywny Spis Treści
- 13 czerwca: Materuni – wioska ludu Chagga
- Wodospad Materuni
- Obiad i kawa Chagga – od krzaka do filiżanki
- 14 czerwca: safari w Parku Narodowym Tarangire
- Wieczór w lodge’u i mecz Niemcy – Curaçao
- 15 czerwca: krater Ngorongoro
- 16 czerwca: powrót – Kilimandżaro z góry
- Informacje praktyczne
13 czerwca: Materuni – wioska ludu Chagga
Rano zjedliśmy śniadanie w hotelu w Moshi i busem ruszyliśmy w górę zboczy Kilimandżaro. Jacek i Andrzej odłączyli się już od wyprawy, więc jechaliśmy w nieco mniejszym składzie. Materuni leży ok. 15 km od Moshi, wśród bananowców, pól kukurydzy i krzewów kawy. Szczerze mówiąc, wioska wyglądała zdecydowanie lepiej, niż się spodziewałem – całkiem normalnie i nowocześnie. W jednym miejscu powstawał nawet budynek o zwykłej, współczesnej architekturze, z przeszklonymi pomieszczeniami.

Materuni to wioska ludu Chagga (Wachagga) – trzeciej co do wielkości grupy etnicznej Tanzanii, która od wieków zamieszkuje zbocza Kilimandżaro. Podstawą ich kuchni są banany, a najważniejszą uprawą na sprzedaż – kawa arabika. Tradycyjne gospodarstwo Chagga, czyli kihamba, to ogrodzona zagroda z gajem bananowców, w której środku stał okrągły dom z gliny, kryty trawą albo liśćmi bananowca. Takie chaty wciąż można tu zobaczyć.
Na jednej z drewnianych budek ktoś wymalował napis, który dobrze podsumowuje okolicę: „Kilimanjaro – if you can’t climb it, drink it”, czyli „Kilimandżaro – jeśli nie możesz na nie wejść, wypij je”. Pod spodem jest jeszcze „Karibu Materuni” (witamy w Materuni) i „Napenda kahawa” – w suahili „lubię kawę”.
W wiosce mieliśmy trzy główne cele: dojść do wodospadu, spróbować lokalnych przysmaków i przejść cały proces przygotowania kawy – od krzaka do filiżanki.

Wodospad Materuni
Na początek dostaliśmy kalosze, bo ścieżka do wodospadu była błotnista. Kalosze okazały się jednak całkiem śliskie i raz straciłem równowagę. Na Kilimandżaro ani razu się nie wywróciłem, choć potknęli się tam i przewodnik, i nasz lider – a tu, w drodze do wodospadu, w końcu mi się to przydarzyło.
Ścieżka prowadzi doliną rzeki Mware. Tablica Zarządu Wodnego Dorzecza Pangani przypomina, że to chronione źródło wody: zgodnie z ustawą o gospodarowaniu zasobami wodnymi z 2009 roku w odległości do 60 m od brzegów nie wolno prowadzić żadnej działalności.
Po drodze miejscowi chętnie dawali do pozowania kameleony, ale oczekiwali za to zapłaty, dlatego nie chciałem brać zwierzaka na ramię. Jednego kameleona udało się za to wypatrzyć na krzaku, w naturze.
Idziemy sobie drogą, a tu awokado leży po prostu na ziemi, bo spadło z drzewa. Między bananowcami rosną też krzewy kawy – w czerwcu wisiały na nich jeszcze zielone owoce.
W wielu sklepach przepłaca się za pamiątki. Tu ceny były podobne, ale ręcznie malowane magnesy były dużo ładniejsze. Kupiłem też tabliczkę, którą Filip kupił zaraz po zejściu z Kilimandżaro – zapłacił za nią 5 dolarów. Mnie rzucono kwotę 20 dolarów, więc od razu odszedłem, mówiąc, że w innym miejscu widziałem ją za 5. Sprzedawcy wybiegli za mną i zgodzili się na 5 dolarów – szybka negocjacja.
Sam wodospad Materuni jest imponujący – według lokalnych biur podróży ma ok. 80 m wysokości i spada do zimnego jeziorka.

Pod sam wodospad da się podejść po kamieniach – dopiero człowiek na jego tle pokazuje, jak wysoko spada woda.
Obiad i kawa Chagga – od krzaka do filiżanki
Po powrocie z wodospadu czekał na nas obiad w zadaszonej altanie. Lokalne potrawy podano w glinianych garnkach – był m.in. ryż, gotowane banany, gulasz i zielone warzywa liściaste. Na deser jedliśmy owoce, w tym marakuję, a do picia było piwo bananowe: butelka „Simba” z Rombo w regionie Kilimandżaro miała 10% alkoholu.

Potem przyszła pora na najważniejszy punkt dnia. Na drewnianej desce gospodarze rozłożyli kawę na kolejnych etapach: od czerwonych owoców, przez zielone ziarna, po ziarna palone i zmieloną kawę.

Najpierw dojrzałe owoce wrzuca się do ręcznej łuszczarki, która oddziela miąższ od ziaren. Wysuszone ziarna trafiają potem do drewnianego moździerza, gdzie tłucze się je wielkim drągiem, żeby pozbyć się łuski. Tłuczeniu towarzyszyły śpiew i taniec gospodarzy, a każdy z nas mógł spróbować swoich sił.
Łuski oddziela się, podrzucając ziarna na płaskim plecionym koszu – lekkie plewy odlatują na bok. Czyste, zielone ziarna prażyliśmy następnie w glinianym garnku nad ogniskiem, cały czas mieszając drewnianą łopatką, aż zrobiły się ciemnobrązowe.
Uprażoną kawę znów tłukło się w moździerzu – tym razem na proszek. Gospodarze przesiali go i na tacy ze świeżo zmieloną kawą wypisali „Poland”, „Kawa” i „Kahawa”, czyli kawa w suahili.

Na koniec kawę zaparzono w garnku nad ogniem i przelano przez sitko do czajnika, a my wypiliśmy ją przy wspólnym stole. Na miejscu można było też kupić kawę i lokalne przysmaki. Byliśmy świadomi, że przepłacamy, ale całość bardzo nam się podobała, a do tego przypuszczaliśmy, że pieniądze trafiają w dobre ręce.
Wieczorem wróciliśmy do hotelu w Moshi. Przed dwudniowym safari trzeba było doprać rzeczy, więc skorzystałem z okazji. Obejrzeliśmy też kawałek tanzańskiego serialu, w którym mały chłopiec rządził się jak król, a wszyscy go słuchali – wyglądało to komicznie. W Jackfruit Cafe, gdzie zjadłem kolację, burger z frytkami kosztował 20 000 TSh, a Cuba Libre – 11 000 TSh.
14 czerwca: safari w Parku Narodowym Tarangire
Następnego dnia rano zaczęło się dwudniowe safari. Jeździliśmy terenówkami przystosowanymi do safari – z podnoszonym dachem, dzięki któremu zwierzęta można obserwować na stojąco. W środku było całkiem komfortowo.

Z Moshi wyjechaliśmy ok. 7:00 i przez Aruszę jechaliśmy na zachód. Po drodze mijaliśmy kontrole prędkości i stada kóz, owiec i krów pasące się tuż przy drodze. Niestety zatrzymywaliśmy się też w sklepach z pamiątkami, w których wybór może i był, ale było drogo.
Do bramy parku dotarliśmy ok. południa. Tarangire to park narodowy założony w 1970 roku, o powierzchni ok. 2850 km². Nazwę wziął od rzeki Tarangire, która w porze suchej jest głównym źródłem wody dla zwierząt z całej okolicy – właśnie wtedy gromadzą się tu wielkie stada. Park słynie przede wszystkim ze słoni (według TANAPA, czyli zarządu parków narodowych Tanzanii, żyje ich tu ponad 2500) i baobabów – stąd hasło „The Elephant’s Paradise”, czyli raj słoni.
Przy bramie leżą czaszki bawołów, a na tablicy wypisano zasady obowiązujące w parku: nie wolno podjeżdżać do zwierząt i ich niepokoić, zbaczać z wyznaczonych dróg ani jechać szybciej niż 50 km/h, a między 19:00 a 7:00 ruch w parku jest ograniczony. W oczy rzucają się też wysokie termitiery – te opuszczone często zajmują mangusty.
Zaczęliśmy od mniejszych zwierząt. Przy bramie kręciły się błyszczaki rudobrzuche – szpaki o metalicznie niebieskim upierzeniu i pomarańczowym brzuchu, które zupełnie nie boją się ludzi. W trawie pasły się impale, a na drodze trafiliśmy na stado mangust pręgowanych – żyją w grupach liczących średnio ok. 20 osobników.

Potem zaczęły się baobaby. Według TANAPA niektóre z tutejszych drzew mają ponad 1000 lat. Baobab magazynuje wodę w pniu i gałęziach, a w porze suchej zrzuca liście, żeby ograniczyć jej utratę – dlatego w czerwcu wiele z nich stało bez liści. Ciekawym drzewem jest też kigelia, nazywana drzewem kiełbasianym: jej owoce wyglądają jak wiszące kiełbasy, ważą zwykle 5–10 kg, a na surowo są trujące dla ludzi.
No i słonie – tych było naprawdę dużo. Całe rodziny przechodziły korytem rzeki pod skarpą, pojedyncze słonie stały w korycie, a jeden podszedł tak blisko drogi, że wypełniał cały kadr.

Widzieliśmy też żyrafy, guźce, zebry i strusie. Lwy – jako dwie kłody z bardzo daleka. Generalnie Tarangire było dla mnie rozczarowaniem: słonie oczywiście były super, ale reszta wypadła słabo i wyjechaliśmy z niedosytem.
W drodze na nocleg mijaliśmy Masajów w tradycyjnych strojach, idących poboczem asfaltowej drogi.

Wieczór w lodge’u i mecz Niemcy – Curaçao
Nocowaliśmy w lodge’u między Mto wa Mbu a Karatu. Nocleg był w porządku, ale praktycznie nie było wody. Wieczorem obserwowaliśmy niebo – widać było jasną planetę, a z drugiej strony dochodził dźwięk modłów z meczetu.
Po kolacji odbył się występ artystyczny – akrobacje i pokaz z ogniem. Początkowo nie chciałem robić zdjęć, bo obawiałem się, że trzeba będzie dać napiwek, a szczerze mówiąc, byłem już zmęczony. W telewizji leciał mecz mistrzostw świata Niemcy – Curaçao. Kiedy debiutujące na mundialu Curaçao strzeliło Niemcom gola – swojego pierwszego w historii mistrzostw świata – wszyscy Tanzańczycy na sali się cieszyli. Niemcy i tak wygrali 7:1.
15 czerwca: krater Ngorongoro
Drugi dzień safari zaczął się bardzo wcześnie – wyjechaliśmy przed świtem. Po poprzednim dniu nie mieliśmy większych oczekiwań, a koniec końców Ngorongoro zrobiło na nas ogromne wrażenie – byliśmy zachwyceni.
Krater Ngorongoro to największa nieaktywna i nienaruszona kaldera wulkaniczna na świecie. Powstała 2–3 mln lat temu, kiedy wielki wulkan zapadł się po erupcji. Kaldera ma ok. 610 m głębokości, a jej dno zajmuje ok. 260 km² i leży na wysokości ok. 1800 m n.p.m. Obszar chroniony Ngorongoro jest od 1979 roku na liście UNESCO, a nazwę kraterowi nadali Masajowie – ma naśladować dźwięk krowiego dzwonka (ngoro ngoro).

Na dno krateru zjechaliśmy drogą od bramy Seneto – według tablicy to ok. 4,2 km. Rano nad kalderą wisiały chmury. Praktycznie na starcie zobaczyliśmy lwy, w tym lwicę z młodymi, a zaraz potem antylopy – m.in. gazele Granta z długimi, wygiętymi rogami.
Chwilę później trafiliśmy na nosorożce czarne, które widzieliśmy z odległości, na oko, ok. 30 metrów. Nasz przewodnik stwierdził, że mamy duże szczęście, bo sam pierwszy raz w życiu widzi je tak blisko. W kraterze żyje zaledwie kilkadziesiąt nosorożców (w 2018 roku – 55), a ich wschodnioafrykański podgatunek jest krytycznie zagrożony wyginięciem z powodu kłusownictwa.
Safari za każdym razem wygląda inaczej, bo nie mamy wpływu na to, gdzie akurat są zwierzęta. Nam tego dnia dopisało szczęście: nad wodą chodziły koronniki szare (to ptak z flagi Ugandy), w rozlewiskach leżały hipopotamy, w trawie kręciły się hieny cętkowane, a po drogach spacerowały gnu, nic sobie nie robiąc z samochodów.
W kraterze żyje ok. 25 tys. dużych zwierząt, głównie kopytnych – pasą się tu m.in. bawoły i zebry. Nie ma za to żyraf ani impali, które dzień wcześniej widzieliśmy w Tarangire.
Najwięcej emocji było przy kolejnej grupie lwic, leżących tuż przy drodze. Po zrobieniu nawrotki zakopaliśmy się, blokując ruch. Przewodnicy z innych aut zaczęli pomagać: dosypywali kamienie i budowali coś w rodzaju platformy, po której auto mogło wyjechać. Wszystko trwało dosyć długo, a my nawet wyszliśmy z auta, żeby odciążyć tył. To na pewno wyjątkowe doświadczenie, bo na takim safari nie wolno przebywać poza samochodem. Lwy w międzyczasie sobie poszły i dzieliła nas już spora odległość, ale mały dreszczyk emocji był.

Przerwę zrobiliśmy przy źródłach Ngoitokitok – to miejsce piknikowe nad rozlewiskiem, w którym mieszkają hipopotamy.

Przed południem wyjechaliśmy z obszaru chronionego Ngorongoro i po obiedzie w lodge’u ruszyliśmy w drogę powrotną do Moshi. Był to pierwszy i w zasadzie jedyny dzień naszej wyprawy, kiedy z dołu mogliśmy zobaczyć wulkany Meru (4566 m n.p.m.) i Kilimandżaro (5895 m n.p.m.). Lepiej późno niż wcale.

16 czerwca: powrót – Kilimandżaro z góry
Nasza wyprawa dobiegła końca. Czułem, że trwała dłużej niż dwa tygodnie, a z resztą ekipy staliśmy się na ten czas rodziną – mimo różnic wieku dobrze się zgraliśmy i bawiły nas te same żarty. Rano pojechaliśmy na lotnisko Kilimanjaro, gdzie na pożegnanie wypiłem jeszcze jedno, ostatnie Kili.
Lot powrotny miał międzylądowanie w Mombasie w Kenii, dlatego przelatywaliśmy blisko Kilimandżaro i mogliśmy podziwiać je tym razem z góry.

Przy okazji zobaczyliśmy z samolotu kawałek Kenii, Egipt z idealnie widoczną deltą Nilu, a nad Polską – Łódź. Z przesiadką we Frankfurcie dolecieliśmy wieczorem do Warszawy, gdzie przyszedł czas pożegnania.
Informacje praktyczne
Najważniejsze informacje o wizycie w Materuni i naszym safari w Tanzanii, czyli w Tarangire i Ngorongoro – według stanu z czerwca 2026 roku, a opłaty według oficjalnych cenników z listopada 2026 roku.
- Organizacja – safari i wizytę w Materuni mieliśmy w cenie pakietu wyprawy na Kilimandżaro w biurze Gonna Travel: cena podstawowa (6800 zł + 1600 USD) obejmowała m.in. 2-dniowe safari z posiłkami i wizytę u ludu Chagga z plantacją kawy i wodospadem. Koszt całego wyjazdu rozpisałem we wpisie o pierwszych dniach w Tanzanii.
- Materuni – ok. 15 km od Moshi. Kalosze na błotnistą ścieżkę do wodospadu dostaliśmy na miejscu, ale są śliskie. Za zdjęcie z kameleonem miejscowi oczekują zapłaty, a o cenę pamiątek warto się targować – tabliczkę, za którą chciano 20 USD, kupiłem za 5 USD.
- Ceny w Moshi – w Jackfruit Cafe burger z frytkami kosztował 20 000 TSh, a Cuba Libre 11 000 TSh.
- Jak wyglądało nasze safari – dzień 1: wyjazd z Moshi ok. 7:00, przez Aruszę do Tarangire (z postojami dojechaliśmy do bramy ok. południa), kilka godzin jazdy po parku i nocleg w lodge’u między Mto wa Mbu a Karatu. Dzień 2: wyjazd przed świtem, przedpołudnie w kraterze Ngorongoro, obiad w lodge’u i powrót przez Aruszę do Moshi wieczorem. Tablica przy drodze tuż za obszarem Ngorongoro pokazywała 154 km do Aruszy. Na safari w Tarangire dostaliśmy lunch w pudełkach.
- Opłaty w Tarangire – według TANAPA wstęp dla dorosłego obcokrajowca kosztuje 70 USD.
- Opłaty w Ngorongoro – według cennika NCAA (zarządu obszaru chronionego) wstęp dla osoby od 16. roku życia spoza Afryki Wschodniej kosztuje 70,80 USD, a za zjazd do krateru płaci się dodatkowo 295 USD za samochód (crater service fee). Do tego dochodzą opłaty za sam pojazd. My safari mieliśmy w cenie pakietu.
- Kiedy jechać – w Tarangire pora sucha trwa od czerwca do października; zwierzęta gromadzą się wtedy przy rzece Tarangire i na bagnach. W połowie czerwca w parku było jeszcze zielono, a nad kraterem Ngorongoro rano wisiały chmury.
- Zasady w parkach – nie podjeżdża się do zwierząt i nie wysiada z auta poza wyznaczonymi miejscami, np. piknikowymi. W Tarangire obowiązuje limit 50 km/h, a między 19:00 a 7:00 ruch w parku jest ograniczony. TANAPA radzi zabrać lornetkę, krem z filtrem i ubrania w stonowanych kolorach.
- Nocleg na safari – w naszym lodge’u praktycznie nie było wody, a wieczorem odbywał się występ artystyczny.




























































