Przejdź do treści Przejdź do panelu bocznego Przejdź do stopki
Miejsce: Afryka  TanzaniaRok podróży: 2026

Na Kilimandżaro weszliśmy trasą Machame – siedmiodniowym trekkingiem przez las deszczowy, wrzosowiska i kamienną pustynię aż na Uhuru Peak (5895 m n.p.m.), najwyższy punkt Afryki. Trekking trwał od 6 do 12 czerwca 2026 roku, a szliśmy w dziesięcioosobowej grupie. Przy każdym dniu podaję dystans, przewyższenie i wyniki pomiarów saturacji, a poza opisem kolejnych dni znajdziesz tu też sporo praktycznych informacji: jak wygląda organizacja takiej wyprawy, co się je na szlaku i jak przebiegała aklimatyzacja.

Kilimandżaro jest też tematem mojej prelekcji „Odkrywczym Szlakiem na dach Afryki – Kilimandżaro, góra obiecana”.

Interaktywny Spis Treści

  1. Zanim weszliśmy na szlak
  2. Dzień I: Machame Gate – Machame Camp
  3. Dzień II: nad chmurami do Shira Cave Camp
  4. Dzień III: Lava Tower (4630 m) i Barranco Camp
  5. Dzień IV: Barranco Wall i Karanga Camp
  6. Dzień V: Barafu Camp
  7. Dzień VI: atak szczytowy na Uhuru Peak
  8. Dzień VII: zejście
  9. Aklimatyzacja i najtrudniejszy moment – podsumowanie
  10. Informacje praktyczne

Zanim weszliśmy na szlak

Pomysł na Kilimandżaro pojawił się w mojej głowie mniej więcej trzy lata przed wyjazdem, kiedy natrafiłem na artykuł, z którego dowiedziałem się, że to najwyższy wolnostojący masyw górski na świecie. Temat mnie wciągnął i zacząłem go zgłębiać, a pewnego razu razem z Michałem obiecaliśmy sobie, że kiedyś wspólnie zrealizujemy ten plan. Pod koniec 2025 roku Piotrek, czyli Pirat Dyplomata, ogłosił, że jedzie jako lider zorganizowanej wyprawy właśnie na Kilimandżaro. Nie trzeba było nas długo namawiać – dołączyliśmy.

Do Tanzanii przylecieliśmy kilka dni przed trekkingiem – z przygodami: odwołany lot, noc na lotnisku w Zurychu i przypadkowy udział w inauguracji nowego połączenia Brussels Airlines na lotnisko Kilimanjaro. Potem był dzień w Aruszy, wizyta na Cmentarzu Wygnańców Polskich w Tengeru i odprawa w Moshi, a wieczór przed wyjściem w góry świętowałem urodziny. Wszystko to opisuję w oddzielnym wpisie: Tanzania przed Kilimandżaro: lot inauguracyjny, Arusza, polski cmentarz w Tengeru i Moshi.

Wyprawę wykupiliśmy w biurze podróży Gonna Travel jako dziesięcioosobowa grupa (liderem był Piotrek), a na miejscu obsługiwała nas lokalna agencja z przewodnikami, kucharzami i tragarzami. W ekipie byli m.in. Michał, z którym do końca wyprawy dzieliłem namiot, Filip, Piotrek, Paweł, Asia i Łukasz. Towarzyszyła nam lokalna ekipa licząca aż 33 osoby – na Kilimandżaro nie można wejść samemu, a wyprawa wymaga sporej organizacji. Tragarze nieśli nasze osobiste rzeczy, elementy obozu, sprzęt kuchenny i resztę wyposażenia, byli kucharze, osoby od rozstawiania namiotów i przenośnej toalety oraz oczywiście przewodnicy. W praktyce wyglądało to tak, że my szliśmy z obozu do obozu, a cały obóz wędrował razem z nami. Wieczorem w Moshi przepakowaliśmy się: osobno główna torba (duffel bag), którą przez cały trekking nieśli tragarze, osobno podręczny plecak na dzień marszu, a osobno rzeczy, które zostawały w hotelu do naszego powrotu.

Rano bagaże wylądowały na dachu busa – całe to pakowanie wyglądało zupełnie jak w Ameryce Środkowej – i ruszyliśmy pod bramę parku narodowego.

Wróć do spisu treści


Dzień I: Machame Gate – Machame Camp

W sobotę 6 czerwca 2026 roku dojechaliśmy do Machame Gate (1800 m n.p.m.), czyli bramy Parku Narodowego Kilimandżaro, od której zaczyna się trasa Machame. Tablica przy bramie od razu uświadamia skalę wyprawy: do Uhuru Peak jest stąd 40 km i – według niej – 32 godziny marszu.

Przed wymarszem zjedliśmy lunch i mogliśmy jeszcze skorzystać z normalnej toalety. Wyruszyliśmy dopiero około 14:00 – późno, co nas trochę zdziwiło, ale tak zarządzili przewodnicy. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć, jak dużym przedsięwzięciem jest organizacja trekkingu: na naszych oczach ekipa przygotowywała namioty, krzesła i cały sprzęt obozowy.

Przy bramie sprawdzano nasze duffel bagi i podręczne plecaki. Pracownik parku narodowego pilnował przede wszystkim, żeby nikt nie wnosił plastikowych butelek – mnie zabrał dwie małe. Na szlak nie wolno też wnosić m.in. plastikowych toreb, noży, dronów i alkoholu.

Już na starcie okazało się, że bukłak na wodę był wadliwy u trzech osób, w tym u mnie. Kupiłem na miejscu nowy i ten już się sprawdził. Muszla św. Jakuba, którą przed wylotem dostałem od Anity, ruszyła ze mną dalej.

Pierwszy etap prowadzi przez las deszczowy. Praktycznie cały czas szliśmy we mgle, choć szczerze mówiąc, nawet bez niej w gęstym lesie niewiele więcej byśmy zobaczyli. Dwukrotnie widzieliśmy małpy – i to były najdziksze zwierzęta, jakie spotkaliśmy w tej strefie.

Przewodnik od samego początku powtarzał dwie rzeczy: mamy nabierać wysokości powoli – „pole pole”, czyli w suahili „powoli, powoli” – i trzymać się razem. Pierwszego dnia to jeszcze jako tako działało, ale od drugiego grupa wyraźnie dzieliła się na część z przodu i część z tyłu. Przez cały czas mijali nas tragarze niosący ogromne worki, często na głowach.

Im wyżej, tym więcej było mgły i przede wszystkim błota – buty przeszły tego dnia prawdziwy błotny chrzest. Przy szlaku stały proste drewniane toalety (te z dziurą w podłodze są tu standardem).

Popełniłem błąd początkującego: miałem za ciężki plecak (kilka niepotrzebnych rzeczy), a do tego źle go wyregulowałem. Ostatnie dwa kilometry nie były dla mnie łatwe i do obozu dotarłem z bolącym karkiem i barkiem. Ponieważ wyszliśmy późno, końcówkę pokonywaliśmy już w ciemności, w świetle czołówek – do Machame Camp dotarliśmy po 19:00.

W sumie przeszliśmy 11 km i pokonaliśmy ok. 1200 m przewyższenia w mniej więcej 5 godzin. Na miejscu czekały już rozstawione namioty, a krótko potem podano kolację. W naszym obozie stała też „kulturalna” przenośna toaleta. Niebo było piękne, pełne gwiazd, ale przez zmęczenie nie mieliśmy siły ich obserwować, a wilgoć potęgowała chłód – chciało się jak najszybciej schować do namiotu. Pierwszy prysznic za pomocą wilgotnych chusteczek zaliczony – jest lepiej, niż mogłoby się wydawać.

Wróć do spisu treści


Dzień II: nad chmurami do Shira Cave Camp

W niedzielę pobudka była o 6:00, a na początek dostaliśmy ciepły napój. O 7:00 zjedliśmy śniadanie, potem przyszedł czas na „washi washi”, czyli szybkie umycie twarzy i zębów przy prostym obozowym kraniku, a o 7:30 byliśmy gotowi do drogi. Noc nie należała do najlepiej przespanych – wielokrotnie się budziliśmy. Na szczęście ból barku po nocy minął.

Od samego rana z obozu było widać szczyt Kilimandżaro. Tym razem sprawnie zorganizowaliśmy wszystkie rzeczy, a ze strefy lasu wyszliśmy bardzo szybko. Poranek był chłodny, ale gdy znaleźliśmy się ponad chmurami, temperatura szybko wzrosła i można było zdjąć kilka warstw.

Po pewnym czasie dotarliśmy na skalisty punkt widokowy, z którego mieliśmy świetny widok na Kibo, czyli główny wierzchołek Kilimandżaro, na wulkan Meru (4566 m n.p.m.) – który z dołu zawsze chował się w chmurach – oraz na Shira Peak (3962 m n.p.m.), najniższy z trzech głównych szczytów Kilimandżaro.

Po drodze zrobiliśmy przerwę na kawę i ciastka, relaksując się chwilę na trawie w pełnym słońcu – to był chyba najbardziej „chillowy” moment całej wyprawy. Wraz z wysokością zmieniała się roślinność. Pojawiły się m.in. starce olbrzymie (Dendrosenecio kilimanjari) – rośliny rosnące tylko na stokach Kilimandżaro i dorastające do kilku metrów, które z daleka przypominają przerośnięte kaktusy. Pamiętaliśmy też o piciu: na wysokości traci się więcej wody niż zwykle, więc trzeba pić nawet wtedy, gdy się nie chce.

Podłoże stawało się coraz bardziej skaliste. W sumie tego dnia przeszliśmy ok. 7 km i pokonaliśmy ok. 900 m przewyższenia – z ok. 2800 m do Shira Cave Camp na wysokości ok. 3750 m n.p.m.

Podczas lunchu czekała nas niespodzianka: ekipa zebrała z namiotów nasze buty i wyczyściła je z błota z poprzedniego dnia. Przy okazji Michałowi zaczęły się rozlatywać buty trekkingowe. Na szczęście znalazł się pracownik agencji, który je zszył – oczywiście za napiwek.

Chętni, w tym ja, wybrali się do pobliskiej jaskini Shira, w której jeszcze w latach 90. nocowali wchodzący na Kilimandżaro. W środku zostało miejsce po dawnym ognisku, przy którym można było się ogrzać i przygotować jedzenie. Nieco wyżej udało nam się złapać zasięg i wysłać bliskim wiadomość, że żyjemy – na całym szlaku z łącznością było naprawdę ciężko.

Kiedy chcieliśmy się zdrzemnąć przed kolacją, z zewnątrz zaczęły dochodzić śpiewy. Okazało się, że agencja chce nas oficjalnie powitać na szlaku: były tańce i pieśni (często powracała piosenka „Jambo” w suahili), a każdy z nas został przedstawiony z imienia. Wtedy też dowiedziałem się, kto jest moim tragarzem. Bardzo miła inicjatywa, choć – jak się okazało – wiele agencji wita swoje grupy w podobny sposób.

Z obozu długo mieliśmy świetny widok na szczyt, ale wieczorem przyszła mgła – wystarczyło kilka minut, żeby cała panorama zniknęła za chmurami. Pojawiły się u mnie pierwsze bóle głowy, co na tej wysokości nie jest niczym niezwykłym. Codziennie wieczorem mierzono nam saturację (poziom tlenu we krwi) i puls: pierwszego dnia miałem saturację 90% i puls 90, drugiego – 87% i 99.

Dzień w skrócie: ok. 7 km, +900 m przewyższenia, start ok. 2800 m, nocleg ok. 3750 m n.p.m.

Wróć do spisu treści


Dzień III: Lava Tower (4630 m) i Barranco Camp

Trzeci dzień to dobry moment, żeby opisać nasz codzienny poranny rytuał. Po pobudce o 6:30 dostawaliśmy kawę lub herbatę prosto do namiotu. Potem trzeba było oddać bukłaki do napełnienia, dobrać ubranie na dany dzień i spakować główną torbę oraz podręczny plecak tak, żeby wszystko było gotowe przed śniadaniem o 7:00. Dopiero wtedy siadaliśmy „spokojnie” do jedzenia, często kończąc je w pośpiechu, bo o 7:30 wyruszaliśmy. Zmieszczenie wszystkiego w torbie wcale nie było szybkie – przynajmniej dla mnie i Michała, bo innym szło to zwykle sprawniej.

Z Shira Cave Camp (ok. 3750 m n.p.m.) szliśmy najpierw przez wrzosowiska, a później coraz bardziej skalistym, wulkanicznym terenem, przypominającym pustynię z kamieni.

Po raz pierwszy ubraliśmy się zdecydowanie cieplej: u mnie była to bielizna termiczna, bluza trekkingowa, softshell i początkowo kurtka przeciwwiatrowa. Wraz z wysokością warstw stopniowo ubywało, choć przy mocniejszych podmuchach pierwszy raz przydała się kominiarka. Przed samą Lava Tower mocno przygrzało i słońce dało nam się we znaki.

Im bliżej Lava Tower, tym bardziej surowy był krajobraz. Mimo to co chwilę było coś, przy czym chciało się zatrzymać i zrobić zdjęcie – śmiałem się, że denerwuje mnie, jak tu ładnie, bo ciągle muszę stawać.

Najwyższym punktem dnia był Lava Tower Camp na wysokości ok. 4630 m n.p.m. Agencja rozstawiła tu dla nas namiot na lunch i przenośną toaletę. Nie nocowaliśmy jednak przy Lava Tower – to miejsce służy przede wszystkim jako ważny punkt aklimatyzacyjny, zgodnie z zasadą „wchodź wysoko, śpij nisko”.

Od Lava Tower zaczął się u mnie większy problem z wysokością. Pojawił się silny ból głowy, który co jakiś czas odpuszczał, by po chwili wrócić ze zdwojoną siłą. Dużo bardziej pilnowałem picia – tego dnia wypiłem łącznie ok. 4–5 litrów wody. Przewodnicy radzili mi zamiast tabletek przeciwbólowych po prostu więcej pić, ale inni z grupy brali tabletki i czuli się dobrze – z perspektywy czasu niepotrzebnie się męczyłem.

Dalej większość trasy prowadziła w dół, choć nie zabrakło podejść – w górę, w dół i znowu w górę. W pewnym momencie nadciągnęła chmura, dzięki której mogliśmy na chwilę schować się przed słońcem; niedługo później odeszła. Po drodze zobaczyliśmy pierwsze niewielkie wodospady i całe zbocza porośnięte starcami olbrzymimi.

Do Barranco Camp (3900 m n.p.m. według tabliczki) dotarłem bardzo zmęczony i z naprawdę mocnym bólem głowy – czułem się jak zombie. Koledzy przynieśli mi herbatę i tabletki, i po jakimś czasie zaczęło być lepiej. Tego dnia miałem też swoje najgorsze parametry: 86% saturacji i puls 106. Widok z obozu na ścianę Kibo wynagradzał jednak cały ból.

Mimo polowych warunków agencja starała się urozmaicać posiłki. Niektóre punkty menu były stałe, np. zupa, ale tego wieczoru dostaliśmy nawet serwetki efektownie wciśnięte w widelce – przez chwilę można się było poczuć jak w ekskluzywnej restauracji.

Dzień w skrócie: 11,3 km, +835 m przewyższenia, −644 m zejścia, najwyższy punkt ok. 4630 m n.p.m.

Wróć do spisu treści


Dzień IV: Barranco Wall i Karanga Camp

We wtorek dzień zaczęliśmy od podejścia na Barranco Wall, a tuż przed nią minęliśmy ładny, kilkumetrowy wodospad.

Barranco Wall to stroma ściana o wysokości ok. 300 metrów. Technicznie był to najtrudniejszy moment całego trekkingu, choć wciąż tylko o umiarkowanym stopniu trudności. Trzeba było używać zarówno rąk, jak i nóg, więc kije trekkingowe na ten czas wylądowały w plecaku. Na ścianie było tłoczno – razem z nami wspinali się turyści z innych grup i tragarze z bagażami.

Po pokonaniu ściany mieliśmy przerwę w miejscu z bardzo ładnym widokiem na Meru (4566 m n.p.m.) – drugi wulkan w okolicy, który z dołu prawie zawsze chowa się w chmurach.

Przy okazji padł kolejny bukłak w naszej ekipie – tym razem Michała. Podzieliliśmy się z nim wodą, ale do końca trekkingu mógł napełniać już tylko butelki i bidony, co mocno utrudniało mu nawadnianie się.

Po drodze mijaliśmy charakterystyczne rynny i uskoki, wyglądające tak, jakby kiedyś płynęła tamtędy rzeka. Profil dnia znów był urozmaicony: najpierw w górę, potem w dół, a na koniec ponownie w górę. W ostatnim miejscu z dostępem do wody nasza agencja uzupełniła zapasy wody pitnej. Wiedzieliśmy już, że w kolejnym obozie wody będzie mniej: wystarczająco do picia, ale oszczędniej do wszystkich innych celów.

Metą był Karanga Camp (3995 m n.p.m.). Z tabliczki obozowej wynikało, że do Uhuru Peak zostało już tylko 9 km i 11 godzin marszu.

To był bardzo przyjemny dzień – w końcu bez bólu głowy, ze świetną pogodą i stosunkowo niewielkim dystansem i przewyższeniem. Mogliśmy się trochę zrelaksować w obozie, a widok namiotów na tle Kilimandżaro to nie jest coś, co ogląda się na co dzień. Wieczorem kuchnia znowu nas zaskoczyła: podała pizzę. Przygotowana w polowych warunkach na wysokości blisko 4000 m n.p.m. smakowała wyjątkowo.

Lepsze były też wyniki w formularzu medycznym: 88% saturacji i puls 98, bez żadnych dolegliwości (dzień wcześniej 86% i 106). Tego dnia wypiłem 3–4 litry wody.

W Karanga Camp był najlepszy zasięg od początku trekkingu (choć wciąż taki sobie), więc mogłem wrzucić krótką relację do internetu. Po czterech dniach mieliśmy za sobą łącznie ok. 3400 m podejść i ok. 1100 m zejść, aklimatyzacja przebiegała dobrze, a atak szczytowy zaplanowano na noc ze środy na czwartek. Noc przyniosła świetne warunki do obserwacji nieba – gwiazdy nad obozem, a w dole światła Moshi. Szkoda tylko, że telefon nie zawsze jest w stanie to ładnie uchwycić – telefon to nie oko.

Dzień w skrócie: 5,6 km, +428 m przewyższenia, −359 m zejścia, najwyższy punkt ok. 4200 m n.p.m. (szczyt Barranco Wall), nocleg 3995 m n.p.m.

Wróć do spisu treści


Dzień V: Barafu Camp

W środę 10 czerwca, po noclegu w Karanga Camp (3995 m n.p.m.), ruszyliśmy w stronę Barafu Camp, położonego na wysokości 4673 m n.p.m. Cel był jasny: dotrzeć do ostatniego obozu, z którego następnej nocy mieliśmy rozpocząć atak szczytowy. Tym razem szliśmy praktycznie cały czas w górę – dystans był jeszcze krótszy niż dzień wcześniej, ale przewyższenie większe. Chcieliśmy dotrzeć jak najszybciej, żeby mieć jak najwięcej czasu na odpoczynek przed najcięższą częścią wyprawy.

Na tej wysokości praktycznie nie spotykaliśmy już zwierząt, dlatego nawet niewielka jaszczurka potrafiła wywołać uśmiech. Tego dnia po raz pierwszy zobaczyliśmy też lodowce od dołu. Mieliśmy obiecane, że jeśli po zdobyciu szczytu wystarczy czasu, podejdziemy pod jeden z nich.

W międzyczasie po raz kolejny rozjechały się buty Michała – i po raz kolejny naprawiła je ta sama osoba. Tym razem był to szczególnie ważny moment, bo do najważniejszego marszu zostało już naprawdę niewiele czasu.

Docierając do obozu, trafiliśmy na charakterystyczną tablicę „Dear esteemed climbers – please read”. Przypominała m.in., żeby nie iść wyżej przy problemach z oddychaniem, uporczywym bólu głowy czy innych objawach choroby wysokościowej, słuchać przewodników i traktować zejście jako lepszą opcję. Jej treść dobrze pokazywała, że żarty się skończyły.

Sam obóz był ciekawy również pod względem położenia. Namioty stały równo, ale na różnych wysokościach, więc wychodząc z namiotu, mieliśmy lekki spadek. W zamian dostaliśmy piękny widok na Mawenzi (5149 m n.p.m.) – drugi szczyt masywu, którego zdobycie jest znacznie trudniejsze technicznie i wymaga dodatkowych pozwoleń.

Po kolacji odbył się najważniejszy, a tym samym najpoważniejszy briefing całej wyprawy. Każdy z naszych przewodników miał coś do powiedzenia. Wiedzieliśmy, że przerwy będą trwały maksymalnie 5 minut i nie będą robione częściej niż co godzinę. Mieliśmy iść bardzo powoli, w jednym tempie, jedna osoba za drugą. Do dyspozycji mieliśmy też czterech pomocników – jeśli główny przewodnik Peter uznałby, że coś jest z nami nie tak, i polecił oddać plecak pomocnikowi, nie mieliśmy dyskutować.

Noc spędziliśmy w najwyżej położonym, a więc i najzimniejszym obozie. Warstw ubrań do spania przybywało z każdym obozem – w niższych było ich odpowiednio mniej. Peter poprosił nas też, żeby najcenniejsze rzeczy i dokumenty chować na noc do śpiwora: za naszą agencję mógł ręczyć, ale nie za wszystkie osoby kręcące się nocą po obozie.

Którejś z wcześniejszych nocy obudziłem się z nogami wystającymi poza główną część namiotu i z niedopiętym śpiworem. Przez chwilę ogarnęła mnie panika – wróciły emocje związane z kradzieżą, której doświadczyłem w Ekwadorze. Na szczęście wszystkie rzeczy były na miejscu, ale stres był naprawdę spory.

Krótko o higienie: w takich warunkach szczególnie docenia się proste rozwiązania. Wilgotne chusteczki zastępowały prysznic, a butelka na mocz pozwalała załatwić potrzebę bez wychodzenia z namiotu. Nie chodziło o lenistwo – dzięki temu w nocy nie wychładzaliśmy organizmu, nie rozbudzaliśmy się całkowicie i nie traciliśmy czasu na ubieranie się i wychodzenie na zewnątrz.

Według zapisu z zegarka tego dnia przeszliśmy 4,27 km w 3 godziny i 15 minut, pokonując 631 m przewyższenia. Marsz był więc krótki, ale odbywał się już na bardzo dużej wysokości – najwyższy punkt zapisu (4726 m n.p.m.) znalazł się nawet nieco powyżej Barafu Camp. Wszystko było przygotowane, pozostało tylko odpocząć. W nocy mieliśmy ruszyć w stronę Uhuru Peak.

Dzień w skrócie: 4,27 km, +631 m przewyższenia, nocleg 4673 m n.p.m.

Wróć do spisu treści


Dzień VI: atak szczytowy na Uhuru Peak

Czekał nas najkrótszy sen całej wyprawy – około 5 godzin. Pobudka była ok. 23:00, potem szybkie i skromne śniadanie, przygotowanie i planowany wymarsz o północy. Ostatecznie w czwartek 11 czerwca ruszyliśmy o 0:15. Gdy przed wyjściem myliśmy z Filipem ręce, po raz pierwszy woda częściowo zamarzła i trzeba było otworzyć wiadro, żeby w ogóle dostać się do jej niezamarzniętej części.

Przez poprzednie dni perspektywa zdobycia szczytu coraz bardziej siedziała mi z tyłu głowy. Teraz nie było już odwrotu – właśnie zaczynało się to, na co czekaliśmy. Początek był dobry, było nawet całkiem ciepło, więc ruszyłem w cienkich rękawiczkach. Szybko jednak temperatura zaczęła spadać. Po pierwszej przerwie zmieniłem je na grubsze, ale to nie wystarczyło.

Przez kolejne mniej więcej 4 godziny praktycznie nie robiłem zdjęć. Zaczęło mi być ekstremalnie zimno w ręce – nigdy wcześniej nie czułem takiego chłodu. Zacząłem panikować: musiałem jednocześnie rozgrzewać dłonie, iść dalej i radzić sobie z narastającym kryzysem. Dostałem polecenie oddania plecaka pomocnikowi. Osoba idąca za mną miała zapasowe rękawiczki, które okazały się lepsze od moich, a na kolejnej przerwie dostałem jeszcze cieplejsze. W końcu pomocnik Saidi pomógł mi rozgrzać ręce i założyć odpowiednie rękawice. To był dla mnie moment przełomowy – po chwili poczułem, że zaczyna być dobrze.

Nie mam dokładnych danych o temperaturze, ale mogło być ok. −20°C, a temperatura odczuwalna mogła sięgać nawet −30°C. Przerwy były krótkie, więc trzeba było wybierać: jeść, pić czy iść do toalety – na wszystko po prostu nie starczało czasu.

Kolejny przełom przyszedł wraz ze świtem. Niebo zaczęło się rozjaśniać, a my zbliżaliśmy się do Stella Point (5756 m n.p.m.) – miejsca na krawędzi krateru, gdzie teren zaczyna się wypłaszczać. Z pierwszymi promieniami słońca nastroje od razu poszybowały w górę. Do szczytu zostało około godziny.

Po drodze mijaliśmy zmrożony śnieg. Raki nie były potrzebne, choć tam, gdzie nie było wyznaczonej ścieżki, trzeba było uważać. Z bliska zobaczyliśmy też lodowce, które dzień wcześniej oglądaliśmy z dołu.

I w końcu – zrobiliśmy to. Uhuru Peak, 5895 m n.p.m., na który dotarliśmy przed 7:30 czasu tanzańskiego. Te emocje naprawdę trudno opisać. Ktoś z naszej wyprawy powiedział: „Każdy ma swój Mount Everest”. Wszyscy stanęliśmy na dachu Afryki.

Nie wszyscy dotarliśmy jednocześnie. Gdy z Michałem pojawiliśmy się na szczycie, część ekipy była już przed nami, a kolejni dopiero dochodzili. Trafiliśmy na moment, gdy było stosunkowo luźno, więc po krótkiej kolejce udało się zrobić zdjęcia. W całym zamieszaniu Michał zapodział nawet flagę Polski – na szczęście później się odnalazła, ale na zdjęcia się nie załapała.

Były łzy, były osoby, które chciały zawrócić, a część uczestników musiała oddać plecaki pomocnikom. Po drodze widzieliśmy też osoby korzystające z tlenu, a w poprzednich dniach kilka razy z daleka przelatywał helikopter zabierający potrzebujących. To naprawdę nie jest zwykły spacerek.

Niestety zabrakło czasu na podejście pod lodowiec i pod tablicę upamiętniającą Aleksandra Dobę – polskiego podróżnika i kajakarza, który zmarł na szczycie Kilimandżaro w 2021 roku. Priorytetem było bezpieczne zejście: zbyt długie przebywanie w okolicy szczytu oznaczało ryzyko hipotermii.

Widoki ze szczytu były piękne – trafiliśmy na doskonałe warunki pogodowe – a w czasie zejścia szczególnie dobrze widać było drugi wielki szczyt Kilimandżaro, Mawenzi. W pewnym momencie dostrzegłem nawet w jego kształcie twarz.

Po powrocie do Barafu Camp czekała nas tylko krótka drzemka, lunch i przepakowanie. Tego dnia nie kończyliśmy jednak marszu – trzeba było zejść jeszcze dużo niżej. Najpierw ok. 1200 metrów w górę na szczyt, a potem kilka kilometrów zejścia i prawie 2,8 km w pionie w dół.

Wraz ze spadkiem wysokości powoli wracała roślinność: najpierw pojawiły się kwiaty, później las, a na końcu obóz położony już w prawdziwej dziczy – Mweka Camp (ok. 3100 m n.p.m.). Po całym dniu marszu mogliśmy też skorzystać z czyszczenia butów, które zdążyły się porządnie zakurzyć.

Dzień w skrócie: ok. 19,8 km, +1302 m przewyższenia, −2739 m zejścia, najwyższy punkt 5895 m n.p.m. (Uhuru Peak), nocleg w Mweka Camp (ok. 3100 m n.p.m.).

Wróć do spisu treści


Dzień VII: zejście

Ostatni, siódmy dzień trekkingu – piątek 12 czerwca – zaczął się od małej schizy: byłem przekonany, że zgubiłem telefon. Na szczęście cały czas leżał w namiocie. Po takim zmęczeniu człowiek najwyraźniej zaczyna szukać problemów tam, gdzie ich nie ma.

Tego dnia mieliśmy w zasadzie jedno zadanie – jak najszybciej zejść do bramy parku, Mweka Gate. Początkowo szło bardzo sprawnie, ale później zaczął padać deszcz, zrobiło się ślisko i ze dwa razy musiałem mocno łapać równowagę, żeby nie zaliczyć nieplanowanego zjazdu w dół.

Po drodze udało mi się jeszcze zrobić zdjęcie z moim tragarzem. To była dobra okazja, żeby podziękować mu za pracę przez całą wyprawę: poznać jego imię, dać napiwek i przede wszystkim okazać wdzięczność.

I w końcu się udało – dokonaliśmy tego! Pojawił się pomysł, który wszyscy od razu podłapali: świętujemy zdobycie Kilimandżaro piwem… Kili. Jak głosiła moja koszulka: Tanzańczycy, jeśli nie chcą wejść na Kilimandżaro, zawsze mogą je wypić. Oczywiście dla miejscowych góra jest przede wszystkim miejscem pracy, a nie celem rekreacyjnym – zwłaszcza że wejście na szczyt wiąże się z kosztami, które dla wielu Tanzańczyków są po prostu zbyt wysokie.

W drodze do Moshi, już z okien busa, znów mogliśmy oglądać krajobraz u podnóża Kilimandżaro, m.in. liczne plantacje kawy – na stokach masywu uprawia się przede wszystkim arabikę. Czekał nas jeszcze ostatni wspólny lunch, tym razem przy dość drogim sklepie turystycznym. Po tylu dniach spędzonych razem powoli docierało do nas, że wyprawa naprawdę dobiega końca.

W Moshi oficjalnie zakończyliśmy trekking: było wręczenie dyplomów, gratulacje i pierwsze podsumowania.

Mieliśmy też własną, wewnętrzną ceremonię, podczas której nasz mistrz ceremonii w oryginalny sposób przedstawił każdego członka ekipy. Było przy tym sporo śmiechu i to zdecydowanie jedno z tych wspomnień, które zostaną z nami na długo.

W miejscu, w którym kilka dni wcześniej świętowaliśmy moje urodziny, tym razem świętowaliśmy zdobycie Kilimandżaro. Była to też okazja do pożegnania Jacka i Andrzeja, którzy następnego dnia odłączali się od wyprawy. Po siedmiu dniach trekkingu, tysiącach metrów przewyższenia, zimnie, błocie, zmęczeniu i wielu chwilach, w których każdy musiał zmierzyć się z własnymi słabościami, mogliśmy wreszcie powiedzieć: zrobiliśmy to.

Dzień w skrócie: 8,77 km zejścia z Mweka Camp do Mweka Gate, potem przejazd busem do Moshi.

Wróć do spisu treści


Aklimatyzacja i najtrudniejszy moment – podsumowanie

Wejście na Uhuru Peak nie wymaga dużych umiejętności technicznych. Nieco większym wyzwaniem była Barranco Wall, pokonywana czwartego dnia – strome rumowisko skalne, na którym momentami trzeba było pomagać sobie rękami. Najważniejsze było jednak dobre przygotowanie kondycyjne – i pod tym względem byliśmy, moim zdaniem, przygotowani dobrze.

Aklimatyzacja następowała stopniowo przez cały trekking, a najwięcej wysokości zdobywaliśmy w pierwszych dniach. Drugiego i trzeciego dnia czułem ból głowy i osłabienie, ale od czwartego było już zdecydowanie lepiej. Trzeciego i czwartego dnia praktycznie nie zwiększaliśmy wysokości noclegu – zamiast tego trawersowaliśmy główny wierzchołek, podchodząc, a potem znów schodząc, dzięki czemu organizm miał czas przyzwyczaić się do wysokości. Piątego dnia dotarliśmy do najwyższego obozu, szóstego wyruszyliśmy na szczyt i po jego zdobyciu zeszliśmy mniej więcej połowę wysokości, a drugą połowę pokonaliśmy ostatniego dnia.

Po drodze na szczyt przeszliśmy przez pięć stref klimatycznych i roślinnych. Krajobraz zmieniał się z każdym dniem – od wilgotnego lasu deszczowego, przez coraz bardziej surowe tereny wysokogórskie, aż po niemal pozbawioną roślinności, mroźną strefę w pobliżu szczytu. Sama zmiana otoczenia była jednym z ciekawszych elementów całej wyprawy.

Największym wyzwaniem okazał się atak szczytowy. Wyruszyliśmy po północy, po krótkim śnie, i wtedy dały o sobie znać zarówno zmęczenie, jak i wysokość – część z nas miała większe lub mniejsze kryzysy, fizyczne i psychiczne. Trzeba było zmierzyć się z zimnem, zmęczeniem, trudniejszym oddychaniem, a przede wszystkim z własnymi słabościami. Mnie najbardziej dało się we znaki zimno: choć ogólnie byłem dobrze przygotowany pod względem sprzętu, moje rękawiczki okazały się za mało ciepłe, a korzystanie z kijków tylko pogarszało sprawę. Gdy w końcu stanęliśmy na Uhuru Peak, satysfakcja była ogromna – cały wysiłek, przygotowania i nieprzespana noc były tego warte.

Poza Kilimandżaro w Tanzanii odwiedziliśmy m.in. wioskę, w której wytwarza się kawę, imponujący wodospad, wybraliśmy się na safari i odwiedziliśmy polski cmentarz w Tengeru. Kilimandżaro było jednak głównym celem tej podróży – i nie tylko wyprawą na najwyższą górę Afryki, ale też sprawdzianem przygotowania, wytrzymałości i współpracy całej grupy.

Wróć do spisu treści


Informacje praktyczne

Najważniejsze informacje o trekkingu na Kilimandżaro trasą Machame – według stanu z czerwca 2026 roku.

  • Trasa – Machame, 7 dni trekkingu (6–12 czerwca 2026). Etapy: Machame Gate (1800 m) – Machame Camp: 11 km, ok. +1200 m; Machame Camp – Shira Cave Camp (ok. 3750 m): ok. 7 km, +900 m; Shira Cave Camp – Lava Tower (ok. 4630 m) – Barranco Camp (3900 m): 11,3 km, +835/−644 m; Barranco Camp – Barranco Wall – Karanga Camp (3995 m): 5,6 km, +428/−359 m. Karanga Camp – Barafu Camp (4673 m): 4,27 km, +631 m; atak szczytowy Barafu Camp – Stella Point (5756 m) – Uhuru Peak (5895 m) i zejście do Mweka Camp (ok. 3100 m): ok. 19,8 km, +1302/−2739 m; Mweka Camp – Mweka Gate: 8,77 km. Łącznie szlak ma ok. 62 km, ok. 5400 m podejść i ok. 5600 m zejść. Technicznie najtrudniejsza jest Barranco Wall (4. dzień), poza nią wystarczy dobra kondycja. Według organizatora 7-⁠dniowy wariant Machame ma ok. 90–95% skuteczności wejścia na szczyt, a krótsze trasy – nawet tylko ok. 60%, bo zostawiają mniej czasu na aklimatyzację.
  • Organizacja – wyprawę wykupiliśmy jako dziesięcioosobowa grupa w biurze podróży Gonna Travel (z polskojęzycznym pilotem); na miejscu prowadziła ją lokalna agencja z przewodnikami, kucharzami i tragarzami. Tragarze nieśli namioty, sprzęt obozowy i nasze główne torby, a my – tylko podręczne plecaki. Namioty czekały na nas rozstawione w każdym obozie. Na 10 uczestników przypadały 33 osoby lokalnej ekipy – na Kilimandżaro nie wchodzi się samemu. Dziennie były dwa główne posiłki i skromny lunch, a wodę na szlak dostawaliśmy do bukłaków.
  • Kontrola przy bramie – park sprawdza bagaże; nie wolno wnosić m.in. plastikowych butelek i toreb, noży, dronów ani alkoholu.
  • Dzień na szlaku – pobudka ok. 6:30 z kawą lub herbatą w namiocie, śniadanie o 7:00, wymarsz o 7:30; lunch ok. 14:00, przekąski ok. 16:00, kolacja ok. 18:30. Codziennie wieczorem pomiar saturacji i pulsu wpisywany do formularza medycznego.
  • Aklimatyzacja – „pole pole”, czyli powoli, i zasada „wchodź wysoko, śpij nisko” (trzeciego dnia lunch przy Lava Tower na ok. 4630 m, nocleg niżej, w Barranco Camp). Piłem 3–5 litrów wody dziennie. Moje wyniki: 90%/90, 87%/99, 86%/106 (najgorszy dzień – po Lava Tower), 88%/98. Wynik powyżej 80% uznawano za w porządku i nikt z nas ani razu nie spadł poniżej. U mnie ból głowy i osłabienie trwały w 2. i 3. dniu, od 4. dnia było już dobrze.
  • Atak szczytowy – pobudka ok. 23:00 po ok. 5 godzinach snu, wyjście z Barafu Camp ok. północy, na Uhuru Peak ok. 7 godzin marszu. Przerwy trwają najwyżej 5 minut i nie częściej niż co godzinę, więc na każdej trzeba wybrać: jedzenie, picie albo toaleta. W nocy może być ok. −20°C (odczuwalna nawet −30°C) – najważniejsze są naprawdę ciepłe rękawice i zapasowa para, bo przy kijkach dłonie marzną najszybciej. W czerwcu raki nie były potrzebne. Na szczycie nie ma czasu na długie przebywanie – trzeba liczyć się z tym, że na podejście pod lodowiec może go zabraknąć.
  • Ekwipunek – dobrze wyregulowany i niezbyt ciężki plecak podręczny (u mnie za ciężki pierwszego dnia skończył się bólem karku), sprawdzony bukłak – w naszej grupie zepsuły się cztery – i zapasowy bidon, ubranie na warstwy (bielizna termiczna, bluza, softshell, kurtka przeciwwiatrowa, kominiarka), czołówka, kije trekkingowe (na Barranco Wall chowa się je do plecaka), solidne buty – pierwszego dnia jest dużo błota – oraz wilgotne chusteczki, które zastępują prysznic. Na noc przydaje się butelka na mocz (nie trzeba wychodzić z namiotu i się wychładzać), a najcenniejsze rzeczy i dokumenty warto chować do śpiwora.
  • Woda i toalety – wodę pitną uzupełnia agencja; ostatnie miejsce z dostępem do wody jest na trasie do Karanga Camp, więc w Barafu Camp wody jest mniej. Agencja miała przenośną toaletę w namiocie, przy szlaku stoją też proste toalety.
  • Zasięg – na szlaku bardzo słaby; czasem godzinami nie dało się wysłać wiadomości. Najlepiej działał w Karanga Camp.
  • Napiwki – nie były wliczone w cenę wyprawy; na napiwki dla ekipy agencji wydałem 130 USD (482 zł).
  • Koszt całego wyjazdu (1–16 czerwca 2026) – razem 19 156 zł (ok. 5163 USD): podstawa w Gonna Travel 12 736 zł (6800 zł + 1600 USD), loty 3558 zł, wiza 186 zł, napiwki 482 zł, wydatki na miejscu kartą 1005 zł i gotówką 1113 zł, eSIM 76 zł. Szczegóły dojazdu i wizy są w osobnym wpisie o pierwszych dniach w Tanzanii.
  • Co obejmowała cena podstawowa – polskojęzycznego pilota, transport i transfery na miejscu, 7-⁠dniowy trekking trasą Machame z lokalnymi anglojęzycznymi przewodnikami, opłaty Parku Narodowego Kilimandżaro, noclegi w namiotach, posiłki na trekkingu i safari, 2-⁠dniowe safari (Tarangire i krater Ngorongoro), wizytę u ludu Chagga z plantacją kawy i wodospadem Marangu, ubezpieczenie podróżne i składki na fundusze gwarancyjne. Nie obejmowała lotów (organizator szacował je na 3–5 tys. zł), wizy (50 USD płatne na miejscu), zwyczajowych napiwków ani atrakcji spoza planu. Część 1600 USD płaciło się gotówką na miejscu.

Wróć do spisu treści


Galeria zdjęć

Spodobał Ci się artykuł?

Zostań ze mną w podróży – obserwuj mnie tam, gdzie lubisz najbardziej.