
Na Islandii spędziliśmy 16 pełnych dni (od 23 czerwca do 10 lipca 2022 roku) – w pięć osób (z Patrycją, Michałem, drugą Patrycją i Wiktorem), wynajętym autem 4×4 i w większości pod namiotem. Islandia ma opinię kraju, w którym „nawet tanio to drogo”, ale przy rozsądnym planowaniu da się ją zwiedzić bez rujnowania budżetu. Poniżej wszystko, co przyda się przy organizacji takiej wyprawy: auto, noclegi, jedzenie, pogoda i gorące źródła, w których można się wykąpać za darmo. Samą trasę i atrakcje region po regionie opisałem we wpisie Islandia: trasa wokół wyspy w 16 dni.
Interaktywny Spis Treści
- Auto 4×4 i drogi
- Noclegi – kempingi i domki
- Jedzenie, zakupy i alkohol
- Pogoda i dzień polarny
- Gorące źródła – za darmo zamiast drogich lagun
- Przyroda, ludzie i ciekawostki
Auto 4×4 i drogi
Loty kupiliśmy z dużym wyprzedzeniem – już jesienią poprzedniego roku – i mniej więcej wtedy zarezerwowaliśmy też auto 4×4. Sam wynajem był dość drogi: ok. 90 € dziennie (przy rezerwacji z dużym wyprzedzeniem taniej). Do tego dochodziło spore spalanie, szczególnie na krętych, nierównych drogach szutrowych. W pięć osób koszty rozkładały się jednak na tyle, że dało się to udźwignąć.
Łącznie przejechaliśmy 3187 km – średnio niecałe 200 km dziennie. Każdego dnia zmienialiśmy się za kierownicą, więc nikogo to nie męczyło. Codziennym rytuałem było za to upychanie wszystkich naszych rzeczy do bagażnika – a bywało gorzej niż na zdjęciu.

Asfaltowe drogi są utrzymane w bardzo dobrym stanie, ale wciąż wiele kilometrów to drogi szutrowe. Trzeba też pamiętać, że drogi w głąb wyspy (tzw. Interior) są zamknięte poza sezonem, a termin ich otwarcia zależy od pogody w danym roku. W 2022 roku śnieg utrzymywał się wyjątkowo długo i przez to nie dojechaliśmy do Landmannalaugar, na którym zależało nam najbardziej.
Noclegi – kempingi i domki
Założyliśmy, że jak najwięcej nocy spędzimy na kempingach – to znacznie tańsza, a na Islandii bardzo popularna opcja. Średnio płaciliśmy ok. 15 € za osobę. Pierwszą noc spędziliśmy na kempingu w Reykjaviku, a w sumie w namiocie spaliśmy 10 razy.

Wiele pól namiotowych jest naprawdę dobrze wyposażonych – z kuchnią, łazienkami z prysznicami, zmywakiem, czasem nawet z pralnią i suszarnią. Są jednak i takie, które mają tylko skromną toaletę i płatne prysznice (na 5 minut), a kosztują niewiele mniej – dlatego warto wcześniej zrobić rozeznanie. Przeważnie niczego nam nie brakowało; kilka razy brakowało tylko kuchni, pralni albo normalnych pryszniców.
Najbardziej zapamiętaliśmy kemping Þakgil – prowadzi do niego droga złej jakości, ale widoki wokół są malownicze, a kuchnia znajduje się w jaskini. Kemping Skógar był najgorzej wyposażony, za to tuż obok spada wodospad Skógafoss.


Przed przyjazdem mieliśmy zarezerwowane trzy noclegi pod dachem, a ostatecznie zrobiło się ich pięć: trzy razy był to domek, dwa razy pokój wieloosobowy tylko dla nas. Wybieraliśmy najtańsze opcje – raz udało nam się tego samego dnia zarezerwować elegancki nocleg w cenie kempingu, a najdroższy kosztował 38 € za osobę za noc. Taki wieczór pod dachem był zawsze miłym akcentem: nie trzeba było rozkładać sprzętu, a czas można było spędzić w cieple, niezależnie od pogody. Raz trafiła nam się chatka z początku XX wieku, w której prąd miał tak niskie napięcie, że na kuchenkę elektryczną trzeba było długo czekać – a raz nawet wywaliło korki.

Jedzenie, zakupy i alkohol
Najczęściej gotowaliśmy sami – z produktów kupionych w supermarkecie (zwykle w sieci Bonus), w kuchniach na kempingach, w domkach albo na zewnątrz przy ławach, na własnych kuchenkach turystycznych.

Przydatny zwyczaj: wiele osób przed wylotem zostawia na kempingach (szczególnie w okolicach lotniska) jedzenie i inne produkty, które może wziąć każdy, kto chce. Dzięki temu ani razu nie musieliśmy kupować gazu do kuchenki i trochę zaoszczędziliśmy na jedzeniu – a przed wylotem sami zostawiliśmy innym to, co nam zostało. Ciekawostka: Islandczycy uwielbiają polskie Prince Polo, więc te i inne polskie słodycze bez problemu kupicie w wielu sklepach.

Alkohol można kupić tylko w państwowych sklepach Vínbúðin i jest bardzo drogi – najprostsze półlitrowe piwo kosztowało 2–3 €. Oczywiście skusiliśmy się, żeby spróbować islandzkich browarów. Przy przylocie można wwieźć niewielką ilość alkoholu bez cła – aktualne limity warto sprawdzić przed wylotem.
Pogoda i dzień polarny
Wszyscy zgodnie uznaliśmy, że islandzka pogoda do najprzyjemniejszych nie należy. Regularnie wiał silny wiatr, temperatura nie przekraczała 16 stopni (najczęściej było 10–12), a w nocy spadała nawet do kilku stopni. Z deszczem mieliśmy trochę szczęścia – mocniej i dłużej padało dopiero pod koniec wyprawy. Pełne słońce było rzadkością, częściej zachmurzenie, a warunki zmieniały się bardzo szybko. Jeden z Islandczyków powiedział nam, że o tej porze roku pogoda powinna być trochę lepsza.
Latem można za to doświadczyć dnia polarnego. Słońce zachodziło około północy, a wschodziło około 3 „w nocy”. Na początku wyprawy w ogóle nie widzieliśmy, żeby po zachodzie robiło się ciemniej – pod koniec już tak.

Gorące źródła – za darmo zamiast drogich lagun
Na Islandii jest kilka płatnych „lagun” z gorącą wodą. Skorzystaliśmy z Mývatn Nature Baths (wejście 42 €) – to mniej znana i znacznie tańsza alternatywa dla Blue Lagoon. Szczerze? Było w porządku, ale to nic wielkiego. Uważamy, że lepiej korzystać z wielu darmowych źródeł, które oferuje Islandia.
Naszym pierwszym (i darmowym) gorącym źródłem było Hellulaug – kamienny basen tuż przy fiordzie w Fiordach Zachodnich. Również w Fiordach Zachodnich jest kolejne darmowe źródło, Pollurinn, na dodatek bardzo dobrze zadbane, z widokiem na góry.


W okolicach Złotego Kręgu kąpaliśmy się w kamiennym źródle Hrunalaug, a do gorącej rzeki w dolinie Reykjadalur prowadzi ok. 3-kilometrowa ścieżka – siedzi się w ciepłej wodzie płynącej przez zieloną dolinę.


Nie polecamy natomiast popularnego, opuszczonego basenu Seljavallalaug na południu wyspy – woda miała być ciepła, ale ciepło było tylko w jednym rogu, do którego wąskim strumieniem wpływała gorąca woda.

Przyroda, ludzie i ciekawostki
- Przyroda – roślinność jest bardzo uboga, ale nie sposób przeoczyć fioletowych łubinów, które rosną w całym kraju. Największą grupą zwierząt są ptaki – widzieliśmy m.in. maskonury, a także foki. Nie udało nam się zobaczyć lisów polarnych (żyją głównie w bardziej odosobnionych częściach kraju) ani wielorybów (na ich obserwację organizowane są specjalne rejsy).
- Muszki – w północno-wschodniej części kraju bardzo irytowały muchy. Przydałaby się siatka na twarz, choć mało kto jej używał.
- Ludzie – z Islandczykami mieliśmy niewiele kontaktu, głównie z turystami na kempingach. Rocznie przyjeżdża tu ok. 6 razy więcej turystów, niż kraj ma mieszkańców; w stolicy mieszka ok. 2/5 ludności, a w całym regionie stołecznym – ok. 3/5. Największą grupą etniczną po Islandczykach są… Polacy (ok. 6%), więc w wielu miejscach napisy są także po polsku. Jeden wieczór na południu wyspy spędziliśmy w hostelu, w którym pracował Siódmy w Świecie – podróżnik, którego poznaliśmy w 2019 roku na festiwalu podróżniczym OSFP Kormorany (on opowiadał tam o wolontariacie w Azji, my o pracy w USA).
- Filmy – na Islandii kręcono m.in. „Grę o Tron”, „Interstellar”, „Gwiezdne Wojny”, „Tomb Raidera”, „Batmana” i „Star Trek”.
- Płyty tektoniczne – Islandia leży na granicy płyt euroazjatyckiej i północnoamerykańskiej; w dwóch miejscach, w których byliśmy (Þingvellir i Reykjanes), tę granicę widać gołym okiem.
- Język – islandzkiego raczej się nie nauczymy. Na pożegnanie, na lotnisku w Keflavíku, nagraliśmy z Michałem, czyli Miszą („Gdzie jest Misza?”), krótki film – kontynuację naszego klasyka z Węgier: próbujemy przeczytać kilka islandzkich napisów.
W trakcie podróży nie mieliśmy ani czasu, ani ochoty na relacje na bieżąco – wyprawa była intensywna, więc po dotarciu na nocleg chcieliśmy odpocząć, a w drodze woleliśmy chłonąć widoki. Islandia nie była łatwa, ale na pewno zostanie z nami na długo.
