
Na Islandię polecieliśmy 23 czerwca 2022 roku – w pięć osób: z Patrycją, Michałem (Miszą), drugą Patrycją i Wiktorem – na 16 pełnych dni (plus jeden wieczór i jeden poranek). Pomysł pojawił się już jesienią poprzedniego roku, kiedy trafiły się dobre ceny lotów. Wynajętym autem 4×4 objechaliśmy wyspę dookoła – w sumie 3187 km – zaczynając od Reykjaviku i ruszając najpierw na północny zachód: na półwysep Snæfellsnes i do Fiordów Zachodnich. Miasta potraktowaliśmy krótko, bo postanowiliśmy skupić się na przyrodzie: wodospadach, kanionach, czarnych plażach, kraterach, lodowcach i gorących źródłach.
Poniżej nasza trasa region po regionie. O aucie, kempingach, kosztach, jedzeniu, pogodzie i darmowych gorących źródłach piszę osobno we wpisie Islandia – informacje praktyczne.
Interaktywny Spis Treści
- Reykjavik i pierwszy szlak na Esję
- Wodospad Glymur
- Półwysep Snæfellsnes – krater Eldborg, Kirkjufell i czarne plaże
- Fiordy Zachodnie – maskonury, wrak Garðar i Dynjandi
- Północ – Hverir i Dettifoss
- Wschód – kanion Stuðlagil i Fardagafoss
- Południe – Jökulsárlón, Svartifoss i czarne plaże
- Wyspa Heimaey
- Złoty Krąg – Þingvellir, Geysir i Gullfoss
- Półwysep Reykjanes – most między kontynentami
- Czego nie zobaczyliśmy – Landmannalaugar
Reykjavik i pierwszy szlak na Esję
Stolicy poświęciliśmy kilka godzin – i to w zupełności wystarczyło. Najbardziej charakterystycznym budynkiem Reykjaviku jest kościół Hallgrímskirkja, którego bryła nawiązuje do bazaltowych kolumn – tych samych, które później oglądaliśmy w kanionach i na plażach. Prowadzi do niego kolorowa, „tęczowa” ulica Skólavörðustígur.


Pierwszy szlak przeszliśmy jeszcze w okolicach stolicy – w kierunku góry Esja, z której rozciąga się widok na fiord i Reykjavik. Dobra rozgrzewka przed kolejnymi dniami.

Wodospad Glymur
Szlak do wodospadu Glymur zaczyna się wśród fioletowych łubinów – te kwiaty towarzyszyły nam w całym kraju. Glymur ma 198 m wysokości i jest najwyższym wodospadem Islandii, do którego da się dojść szlakiem. My doszliśmy do jego górnej części, skąd woda spada w głąb zielonego wąwozu.


Półwysep Snæfellsnes – krater Eldborg, Kirkjufell i czarne plaże
Na półwyspie Snæfellsnes nocowaliśmy w wynajętym domku na farmie Snorrastaðir, skąd wyruszyliśmy na krater Eldborg. Z daleka wygląda jak regularny pierścień wyrastający z pola lawy, a po krótkiej wędrówce można zajrzeć do jego wnętrza.



Południowe wybrzeże półwyspu to kolejne punkty co kilka kilometrów. Czarny kościółek Búðakirkja stoi samotnie wśród pola lawy i jest jednym z najczęściej fotografowanych miejsc na Snæfellsnes. Niedaleko spada wodospad Bjarnarfoss.


W Arnarstapi wybrzeże tworzą bazaltowe klify z łukami i grotami, a dalej na zachód z morza wyrastają skały Lóndrangar.


Na czarnej plaży Djúpalónssandur do dziś leżą zardzewiałe szczątki brytyjskiego trawlera Epine, który rozbił się tu w 1948 roku. W tle widać lodowiec Snæfellsjökull.

Na północnym brzegu półwyspu jest jedno z najbardziej znanych ujęć Islandii – wodospad Kirkjufellsfoss z charakterystyczną górą Kirkjufell w tle. To miejsce pojawia się w wielu materiałach promocyjnych kraju, a kręcono tu także sceny do „Gry o Tron”.

Przy plaży Ytri Tunga – wyjątkowo jasnej jak na Islandię – obserwowaliśmy foki wylegujące się na skałach przy brzegu.

Fiordy Zachodnie – maskonury, wrak Garðar i Dynjandi
Fiordy Zachodnie to najbardziej odludna część naszej trasy – długie przejazdy wzdłuż fiordów, często szutrowymi drogami. Na klifach Látrabjarg zobaczyliśmy z bliska maskonury – najbardziej charakterystyczne ptaki Islandii. Siedzą na samej krawędzi klifu i zupełnie nie przejmują się ludźmi.

Po drodze zatrzymaliśmy się przy wraku statku Garðar BA 64 – zbudowano go w Norwegii w 1912 roku, a od 1981 roku stoi porzucony na brzegu fiordu.

Do wodospadu Dynjandi trzeba było nadrobić trochę drogi, ale było warto – szeroka, kaskadowa ściana wody wygląda naprawdę majestatycznie. W Fiordach Zachodnich wykąpaliśmy się też w pierwszych darmowych gorących źródłach – o nich więcej we wpisie z informacjami praktycznymi.

Północ – Hverir i Dettifoss
Na północy krajobraz zmienia się zupełnie. Obszar geotermalny Hverir przy jeziorze Mývatn to bulgoczące błotne źródła, parujące szczeliny i pomarańczowo-brązowa ziemia – i do tego intensywny zapach siarki. W okolicy Mývatn skorzystaliśmy też z płatnych kąpielisk Mývatn Nature Baths.

Dettifoss uchodzi za najpotężniejszy wodospad Europy – ogromna masa szarej, mętnej wody spada do skalnego kanionu, a mgła wodna unosi się wysoko nad krawędzią. To tutaj nagrywano początkowe sceny filmu „Prometeusz”.

Na północnym wschodzie bardzo dokuczały nam muszki – nie dało się ich uniknąć, a siatka na twarz byłaby tu bardzo przydatna. Krajobrazy (jak ten na zdjęciu otwierającym wpis) wynagradzały jednak wszystko.
Wschód – kanion Stuðlagil i Fardagafoss
Jednym z najbardziej niezwykłych miejsc na trasie jest kanion Stuðlagil. Turkusowa rzeka płynie między ścianami z regularnych, sześciokątnych kolumn bazaltowych, a z krawędzi kanionu widać je w całej okazałości.


W kanionie spada też wodospad wciśnięty między bazaltowe kolumny – całość wygląda niemal geometrycznie.

We wschodniej części kraju zaszliśmy jeszcze do wodospadu Fardagafoss. Krótki szlak prowadzi do jaskini za kurtyną wody, skąd ogląda się wodospad od środka.


Południe – Jökulsárlón, Svartifoss i czarne plaże
Na południowym wschodzie dotarliśmy do laguny lodowcowej Jökulsárlón, po której pływają bryły lodu oderwane od jęzora lodowca Vatnajökull. Widok niebiesko-białego lodu na tle gór robi ogromne wrażenie.

W Skaftafell, części Parku Narodowego Vatnajökull, poszliśmy do wodospadu Svartifoss, otoczonego ciemnymi bazaltowymi kolumnami. Kawałek dalej na zachód jest kanion Fjaðrárgljúfur – długo tam nie zabawiliśmy, bo przez wiatr trudno było utrzymać pion.


Okolice Vík to czarne plaże. Na Reynisfjara są bazaltowe kolumny przy klifie i wystające z morza skały Reynisdrangar. Na tej plaży trzeba uważać na nagłe, wysokie fale – nie warto podchodzić blisko wody.

Na plaży Sólheimasandur leży wrak samolotu US Navy Douglas DC-3, który rozbił się tu w 1973 roku (wszyscy na pokładzie przeżyli). Prowadzi do niego monotonna droga przez pustkowie – godzina marszu w jedną stronę – albo dość drogi autobus.

Za wodospadem Seljalandsfoss można przejść ścieżką i spojrzeć na równinę zza ściany wody (przyda się kurtka przeciwdeszczowa). Spaliśmy też na kempingu tuż przy wodospadzie Skógafoss i na kempingu Þakgil w górach – o nich piszę we wpisie z informacjami praktycznymi.

Wyspa Heimaey
Z południowego wybrzeża popłynęliśmy promem na Heimaey – jedyną zamieszkaną wyspę archipelagu Vestmannaeyjar. W 1973 roku wybuch wulkanu Eldfell zalał lawą część miasteczka, a dziś wyspa to zielone wzgórza, klify i ptaki. Zobaczyliśmy tu rekonstrukcję domów wikingów z darniowymi dachami.

Na wybrzeżu wypatrzyliśmy Skałę Słonia – formację, która z profilu naprawdę przypomina głowę słonia z trąbą zanurzoną w morzu. Przy porcie stoi z kolei drewniany kościół w stylu norweskich kościołów klepkowych.


Złoty Krąg – Þingvellir, Geysir i Gullfoss
Złoty Krąg to najpopularniejsza trasa w pobliżu Reykjaviku. W Parku Narodowym Þingvellir, przy wodospadzie Öxarárfoss, widać miejsce, w którym stykają się płyty tektoniczne – północnoamerykańska i euroazjatycka. Skały rozstępują się tu w długie rowy, którymi płynie rzeka.

Obszar geotermalny Geysir dał nazwę wszystkim gejzerom świata. Nam trafiła się tu typowo islandzka pogoda – lało, wiało, a do tego unosił się zapach siarki, więc zwiedzaliśmy w pelerynach.

Gullfoss to szeroki, ogromny wodospad spadający dwoma stopniami do wąskiego kanionu – jeden z symboli Islandii. W okolicach Złotego Kręgu kąpaliśmy się też w gorącym źródle Hrunalaug i w gorącej rzece w dolinie Reykjadalur.

Półwysep Reykjanes – most między kontynentami
Na półwyspie Reykjanes, niedaleko lotniska, granicę płyt tektonicznych widać po raz drugi – nad szczeliną przerzucono most, którym symbolicznie przechodzi się z Ameryki Północnej do Europy. W pobliżu jest obszar geotermalny Gunnuhver z kłębami gorącej pary.


Czego nie zobaczyliśmy – Landmannalaugar
Najbardziej zależało nam na Landmannalaugar – obszarze nazywanym „tęczowymi górami”, gdzie mieliśmy spędzić cały dzień na szlakach. Celowo zostawiliśmy go na koniec wyjazdu, bo drogi w głąb wyspy (tzw. Interior) są zamknięte poza sezonem, a termin ich otwarcia zależy od pogody w danym roku. Tym razem śnieg utrzymywał się wyjątkowo długo i drogi otwarto jakieś dwa dni po tym, jak mieliśmy tam być. W zamian zwiedziliśmy miejsca, na które inaczej zabrakłoby czasu.
Aby spokojnie zwiedzić całą Islandię, nie wystarczyłby nawet miesiąc. Zabrakło nam czasu na szlaki – zwłaszcza kilkudniowe – a nasz plan i tak okazał się zbyt ambitny, więc z części mniej ważnych atrakcji zrezygnowaliśmy. Może kiedyś wrócimy – z jednej strony nie było łatwo, z drugiej trochę tęsknimy za podróżą z miejsca na miejsce i spaniem w namiocie.


